RECENZJA

"Tajne operacje. PRL i UFO"

Emilcin to miejsce znane każdemu szanującemu się fascynatowi UFO w Polsce – to takie nasze rodzime Roswell. W tej właśnie wsi po raz pierwszy doszło do spotkania z "zielonymi ludkami". Jan Wolski, 71-letni rolnik, miał "przyjemność" nie tylko zobaczyć przybyszów z innej planety, ale nawet odwiedzić ich pojazd. A dzięki staraniom znanego i cenionego (niestety już nieżyjącego) ufologa, Zbigniewa Blani z Łodzi, wydarzenie z Emilcina jest najlepiej udokumentowanym i zbadanym, a także potwierdzonym spotkaniem w naszej ojczyźnie. Tak dobrze, że aż podejrzanie.

Bartosz Rdułtowski, niestrudzony badacz wszystkiego, co niezbadane, postanowił przeprowadzić śledztwo w sprawie pobytu ufoludków na naszej planecie, a dokładnie w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej – mowa bowiem o "incydencie", który miał miejsce w 1978 roku. Naród nasz, jako wybitnie podejrzliwy i zdopingowany tajemniczym tytułem z pewnością już myśli – a co te służby wymyśliły? Ano to, co odkrył Rdułtowski, a co nie do końca jest tym, co ma być. Wybaczcie enigmatyczność – spolerować nie chcę, bo potem lektura nijak sensu by nie miała. A do tego nie możemy dopuścić, gdyż ta "monografia" przypadku emilcińskiego, nawet dla totalnych laików ufologicznych, może stać się doskonałą i  – co może dziwić – nader wciągającą lekturą. Autor bowiem wykonał iście tytaniczną pracę, zbierając mnóstwo dokumentów, a jeszcze więcej ich czytając, odbył wiele rozmów i odwiedził jeszcze więcej miejsc, tylko po to, byśmy mogli poznać prawdę. A ta, zgodnie z napisem na pomniku w podlubelskiej wsi – jeszcze nas zadziwi. I wierzcie mi – nie można się z tym twierdzeniem nie zgodzić.

Być może książka Bartosza Rdułtowskiego to nie szczyt językowego kunsztu, ale dzięki pisaniu "od serca" dodaje wiarygodności temu, co autor przedstawia. Niezwykła precyzja przedstawienia wszelkich domysłów i wniosków, poparta zdjęciami i skanami dostępnych dokumentów, będąca zapewne swoistym zabezpieczeniem przed zarzutami o kłamstwo, sprawia, że nawet nieprzekonani do końca będą mieli sporo wątpliwości. W tym miejscu należy dodać jeszcze jedno – główni bohaterowie całej opowieści już nie żyją, co podnosi poprzeczkę wymogu "wiary" autorowi monografii, ale też i jej czytelnikowi. Jak to agent Mulder mawiał – Trust no one.

To książka, która teoretycznie mogłaby być o wiele krótsza. Ale wtedy nie stałaby się po pierwsze monografią, a po drugie twardym dowodem w śledztwie. A i jedno, i drugie jest niesłychanie ważne (choć powtórne czytanie wypowiedzi tych samych osób potrafi zmęczyć…). Ja zachęcam ze swej strony do sięgnięcia po "Tajne operacje. PRL i UFO" – bo to naprawdę kawał ciekawej historii, która na dodatek jest całkowicie autentyczna i niesłychanie interesująca – i to nie tylko wielbicieli zielonych ludzików. Tych, na których napis "PRL" działa jak płachta na byka (w obu odchyłach) informuję – możecie się mocno zawieść. Albo i nie. Jak nie przeczytacie, to się nie dowiecie. Do księgarń więc!

Autor - Bartek 'barneej' Szpojda
za: blog "Gildia.Pl"
zobacz źródło
® Wydawnictwo TECHNOL
Stronę oprogramował KosmaTy ©