RECENZJA

"Tajne operacje. PRL i UFO"

Zdarzenie, jakie miało miejsce w Emilcinie, było zdecydowanie najlepiej przebadanym incydentem dotyczącym UFO w Polsce. Taką tezę można śmiało wysnuć po lekturze książek Pana Zbigniewa Blani-Bolnara. Nie było drugiego takiego przypadku w Polsce, który by nie był przez osoby je badające tak drobiazgowo sprawdzony, a świadkowie nie zostali poddani takiej analizie, jak Jan Wolski czy Adaś Popiołek. Ten drugi znalazł się tylko w krzyżowym ogniu pytań, jak przedstawił to Zbigniew Blania-Bolnar w swej książce "Zdarzenie w Emilcinie".

Nie chciałbym tutaj uchybiać innym, notabene wspaniałym polskim ufologom, działającym na przełomie lat 70. i 80., którzy mieli wielki wkład w rozwój ruchu ufologicznego w Polsce, jak Pan Bronisław Rzepecki czy Krzysztof Piechota, jednak zagłębiając się w lekturze ich książek można odnieść wrażenie, że to co robili bardziej przypominało rejestr ciekawych i zagadkowych wydarzeń, niż ich badanie. To co robili w ramach badania pojawień się UFO przypominało bardziej to co robią etnografowie, spisując ludowe przekazy czy legendy. Zbigniew Blania-Bolnar był natomiast zupełnie inny. Opis jego pracy, który zamieścił w swojej książce, przypominał raczej pracę detektywa. Drobiazgowe śledztwo, krzyżowy ogień pytań skierowany w stronę świadków. Przeprowadził nawet szereg badań psychologiczno-neurologicznych na Janie Wolskim, które tylko potwierdziły wcześniej wysuniętą tezę –doszło tam do pierwszego kontaktu z istotami z UFO w Polsce... Czy jednak było tak naprawdę?

Osobiście byłem całkowicie przekonany, że Emilcin to niezaprzeczalny fakt, a niejednokrotne próby podważenia tego incydentu kończyły się następującym wnioskiem: dowody są przekonywujące. Miało to związek z tym, że łódzki ufolog doskonale przygotował się do odpierania zarzutów, jak bycie świadka pod wpływem alkoholu, sen, problemy psychiczne lub po prostu pomyłka z czymś pochodzenia ziemskiego (jak np. pracownicy PGR dokonujący oprysków pola). Byłem głęboko przekonany, że tak drobiazgowo przeprowadzone śledztwo będzie nie do podważenia, żyłem w tym przeświadczeniu do czasu, aż nie przeczytałem książki Bartosza Rdułtowskiego "Tajne Operacje PRL i UFO".

Patrząc dziś, z perspektywy czasu, na tamte zdarzenia, będąc na świeżo po lekturze (po raz kolejny, prawdę mówiąc straciłem rachubę, ile razy już ją czytałem) książki krakowskiego "detektywa historii", oraz po ukończeniu książki Zbigniewa Blani-Bolnar "Zdarzenie w Emilcinie", ciśnie mi się do głowy pewna myśl. Badania przeprowadzone w Emilcinie przez łódzkiego socjologa (Zbigniew Blania-Bolnar był nim z wykształcenia), wraz z ich umiejętnym przedstawieniem w swojej książce pozwoliły na to, aby Ci, którzy ją przeczytają, odebrali informacje w niej zawarte tak, jak on sam tego chciał. Jako socjolog posiadał ku temu niezbędną wiedzę. Ponadto w książce "Zdarzenie w Emilcinie" można przeczytać, że Zbigniew Blania-Bolnar bardzo lubił być o krok do przodu przed innymi, np. podczas zabaw w gry słowne w klubie studenckim, gdzie ścierał się z całą salą, wiedział, że choć jest sam zna więcej słów niż jego przeciwnicy, gdyż oni głównie znają te same. Natychmiast skojarzyło mi się to ze wszystkimi teoriami, którymi dotychczas próbowano obalić realność spotkania Jana Wolskiego z zielonymi istotami. Jak do tej pory wszystkie były takie same, wtórne i łatwe do obalenia przez badania, jakie przeprowadził łódzki socjolog.

Zanim nie przeczytałem obu tytułów, mówiąc kolokwialnie za jednym zamachem, nigdy wcześniej o tym nie myślałem, jednak dziś zdaję sobie sprawę, jak istotne było zdobyte wykształcenie socjologiczne Zbigniewa Blani-Bolnara oraz przygotowanie przez niego badań, a następnie umiejętne ich przedstawienie wraz z relacjami świadków w swojej pracy. Książka Pana Rdułtowskiego jest pierwszym takim tytułem, który był w stanie "pokonać Pana Blanię" w starciu. Autor wysunął tak potężne argumenty, podparte tak potężnymi dowodami, a zarazem odnalazł wszystkie brakujące elementy układanki, że dziś można śmiało powiedzieć: Jan Wolski nie spotkał tych istot, a przynajmniej nie spotkał ich w tej sferze, w jakiej do tej pory wiele osób myślało. Jak widać, nie potrzeba było do tego całej sali, wystarczyła jedna osoba w całej Polsce, która potrafiła dotrzeć tam, gdzie jeszcze nikt nie dotarł (lub nie miał odwagi tam dotrzeć). Zacznijmy jednak od początku.

Pierwszy kontakt z książką Bartosza Rdułtowskiego miałem 24 grudnia 2013 roku, otrzymałem ją w prezencie pod choinkę od swojej narzeczonej, która przez jej zakup przyczyniła się do zmiany mojego nastawienia o 180 stopni, choć wtedy nie miałem pojęcia jak to wszystko się potoczy. Pamiętam, że tego samego wigilijnego wieczoru wziąłem się do dość łapczywego czytania książki (chciałbym nadmienić, że nigdy wcześniej o niej nie słyszałem) nie spodziewałem się, że ten temat może mnie jeszcze czymś zaskoczyć. Prawdę spodziewałem się raczej wzmianek o zbieraniu informacji na temat UFO przez władze PRL, niż tego co mnie później spotkało na jej łamach.

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to wspaniała dokumentacja zajścia pod postacią artykułów prasowych. Wszystkie przejrzałem z największą przyjemnością, gdyż nikt do tej pory nie pokwapił się o przygotowanie ich reprodukcji (jednak taki spis istniał, jak dowiadujemy się z książki B. Rdułtowskiego dokonał go Krzysztof Piechota i Bronisław Rzepecki, jednak dotyczył wszystkich materiałów prasowych w Polsce). I tak mamy tam dokładne reprinty pierwszego jak i ostatniego artykułu z polskiej prasy, w którym pisano o Emilcinie, oraz wszystkie pomiędzy nimi wraz z incydentami w Przyrownicy i Golinie. Poza oczywistymi artykułami opisującymi bliskie spotkania z zielonymi możemy tam znaleźć bardzo istotny materiał Konrada Turowskiego dotyczący "hologramowego Wolskiego" chodzącego po Emilcinie. Jak później się dowiadujemy wraz z korespondencją jednego z polskich ufologów – jakim bez wątpienia był Witold Wawrzonek – jest to jeden z najważniejszych materiałów popychających śledztwo Bartosza Rdułtowskiego do przodu.

Na tym etapie książki byłem nią zachwycony, jednak gdy przebrnąłem przez stronnice archiwum prasowego i dotarłem do pierwszych stron, gdzie Bartosz Rdułtowski zaczynał wysnuwać swoje teorie, zacząłem go nienawidzić... w myślach kłębiły mi się słowa i określenie podobne do tych, jakie rzucają pod adresem autora obrońcy Emilcina z forów ufologicznych. Postanowiłem jednak zaczekać z ocenami, wziąć dwa głębokie oddechy i wrócić do lektury. Wraz z kolejnymi przeczytanymi stronami, odkrywałem z Panem Bartoszem na łamach książki coraz więcej tajemnic oraz nieścisłości. Docieraliśmy do kolejnych zatajonych faktów, oraz rozwiązań, które były naświetlane w zupełnie nowym świetle, innym niż do tej pory. Coraz bardziej skłaniałem się ku teorii mistyfikacji, aż w końcu wraz z ostatnią i całkowicie zgadzającą się hipotezą mistyfikacji nie mogłem dłużej udawać, że Wolski tam kogoś faktycznie spotkał!

Mogę śmiało powiedzieć, że jestem osoba otwartą na ufologię, od niepamiętnych lat interesowałem się tym tematem zaczynając swoją przygodę od kwartalnika "UFO", więc siłą rzeczy "najlepiej udokumentowane zajście" w Polsce, jakim niewątpliwie był dla mnie Emilcin, musiał być czymś nie do podważenia, a tutaj wyskakuje mi "jakiś" Rdułtowski i próbuje to zburzyć. Nie mogłem się bardziej mylić. Wróćmy jednak do samej książki.

Wertując Internet natknąłem się na zarzuty wszystkich tych, którzy bronią Emilcina niczym swą Redutę, że tytuł książki wprowadza w błąd. Jest to oczywista bzdura, gdyż autor na wątek tajnej operacji służb PRL poświęcił lwią część swej książki, a to, że tropy doprowadziły go do czegoś innego, niż sam zakładał na samym początku, to tylko i wyłącznie świadczy o tym, że nie dopasowywał na siłę faktów pod z góry założoną przez siebie tezę!

Bartosz Rdułtowski zapoznaje czytelników na łamach książki z postacią Zbigniewa Blani, dowiadujemy się, że nasz badacz i sprawca tego całego zamieszania był na pewno osobą bardzo pewną siebie, pracą do przodu i nie przebierającą w słowach. Do tego wyczekiwał kontaktu z istotami z UFO tak, jak dzieci wyczekują świętego Mikołaja. Poznajemy również zależności, jakie łączyły Blanię z Konradem Turowskim – autorem artykułów o UFO, które pojawiały się w polskiej prasie. Właśnie te zależności miały bardzo duży wpływ na budowanie "twierdzy nie do zdobycia", jaką był Emilcin w połączeniu z incydentami w Przyrownicy jak i Golinie. Poza samą postacią Blani dowiadujemy się kim tak naprawdę był Witold Wawrzonek, przez wielu ludzi znających sprawę Emilcina, traktowany jako przypadkowy człowiek, który dowiedział się o zdarzeniach, jakie miały miejsce na łące. Bartosz Rdułtowski dzięki zdobytym materiałom opisuje kim był naprawdę. Dzięki temu możemy wyrobić sobie zupełnie nowy pogląd na Emilcińskie zdarzenia. Poznajemy go jako lubiącego fantazjować ufologa, który miał żal do Blani za to, że ten zahipnotyzował go podczas programu telewizyjnego, w którym obaj Panowie występowali. Program rzekomo miał dotyczyć przybyszów z innych planet, mieli również rozmawiać o wykonanej przez Wawrzonka fotografii UFO (historia fotografii jest znana ze "Zdarzenia w Emilcinie", jednak również i w tym przypadku Blania nie przedstawia całej prawdy). Rdułtowski dowiaduje się, że podczas programu doszło również do seansu hipnotycznego i implikowania fałszywych wspomnienia o spotkaniu istot z UFO na wyspie Wolin – niestety materiał został uszkodzony jeszcze w latach 70 i nigdy nie doszło do jego emisji. Jednak to dopiero wierzchołek góry lodowej i początek konfliktu, jaki narósł pomiędzy Blanią a Wawrzonkiem. Autor "Tajnych Operacji PRL i UFO" przedstawia nam kolejne specyficzne zależności łączące tych dwóch ludzi oraz to, jak pozornie błaha kwestia seansu hipnotycznego wpłynęła na dalsze losy polskiej ufologi.

Bartosz Rdułtowski nie byłby w stanie dotrzeć do tego typu informacji, gdyby nie to, że udało mu się odnaleźć siostrę Zbigniewa Blani oraz dotrzeć do Heleny Wawrzonek – żony zmarłego Witolda Wawrzonka. To od nich zdobył olbrzymią ilości materiałów niezbędnych do przeprowadzenia śledztwa. Z lektury dowiadujemy się, że dotarł do takich dokumentów jak: listy obu Panów, badania lekarskie Wolskiego, opisy Emilcińskich zdarzeń, czy powyrywane kartki z zeszytów, które opisuje Blania w swojej książce jak i wielu innych. Poza samymi materiałami papierowymi Pan Bartosz zdobył również oryginalne nagrania świadków. Jednak to nie są wszystkie ważne wnioski, jakie możemy przeczytać w książce "Tajne Operacje PRL i UFO". Kluczową sprawą jest tutaj to, że z korespondencji, jaką prowadził Wawrzonek z Wolskim, a następnie po znalezieniu potwierdzenia w rozmowie z Panią Heleną Wawrzonek, autor odkrył, że lubelski ufolog znał syna Wolskiego przed zdarzeniami na emilcińskiej łące! W tym momencie, jak sam Bartosz Rdułtowski zauważa, już wiemy dlaczego odpowiedź Wolskiego na pytanie Blani: czy zna Wawrzonka? – była tak niejasna, wręcz pokrętna! Oczywiście poza samymi ludźmi, którzy brali udział w tym emilcińskim zamieszaniu, poznajemy to, co najważniejsze, a mianowicie hipotezy dotyczące całego zajścia, wraz z jedną najważniejszą, zadającą ostateczny cios teorii pozaziemskiego kontaktu, potwierdzoną wcześniej przeze mnie wspomnianymi materiałami pozostałymi po głównych zainteresowanych, rozmowami ze świadkami czy fachowcami w swojej dziedzinie, których opinia była potrzebna w celu jej merytorycznego potwierdzenia. Teoria ta może wydawać się tak nieprawdopodobną, że aż sam autor nazwał ją "rodem z archiwum X".

Na samym początku książki Pan Rdułtowski wprowadza nas na swój trop związany z tajną operacją służb PRL, podkreślając, że w tej sprawie pojawia się zbyt dużo niby przypadkowych zbiegów okoliczności. Przeprowadza nas przez wszystkie możliwe sposoby wykonania takiej mistyfikacji jak choćby model statku wyniesiony do góry na podnośniku hydraulicznym wraz z odpowiednio ucharakteryzowanymi operatorami całej akcji. Oczywiście Rdułtowski nie wziął tego z przysłowiowego kapelusza! Wiele tropów wskazywało na taką możliwość, jak choćby sama postać Zbigniewa Blani-Bolnar, młodego łódzkiego socjologa, który nigdzie nie pracował, a mógł sobie pozwolić na całkiem dostatnie życie w Polsce tamtego okresu. Co ciekawe był nawet posiadaczem paszportu, a na swoim koncie miał już kilka wycieczek zagranicznych. Ponadto dziwnym trafem wszelkie drzwi stały przed nim otworem, nikt mu nie odmawiał, a na jeden czy dwa telegramy Wawrzonka był w stanie rzucić wszystko to, co do tej pory robił, zorganizować grupę ludzi i przyjechać do Emilcina w celu badania Jana Wolskiego i miejsca, gdzie pojawiło się UFO!

Kolejna poszlaka, na jaką trafił autor, była związana z rozwojem ruchu ufologicznego w Polsce, którego okres największego rozkwitu przypada na okres tuż po zdarzeniu, do jakiego doszło w Emilcinie. Teraz powinno pojawić się pytanie: wszystko ładnie, ale po kiego czorta rząd miałby być inspiratorem tego typu zdarzeń? Autor i tutaj nie zawodzi, gdyż potrafi bardzo dobrze odpowiedzieć na te pytanie. Dochodzi do wniosku, że miałby to być idealny wręcz rozpraszacz uwagi, który odciągałby zainteresowanie ludzi od długu zaciągnięte w "okresie propagandy sukcesu" oraz rosnących problemów gospodarczych. Niestety zważając po długim i wnikliwym śledztwie połączonym wraz z analizą dokumentów znajdujących się w IPN, które nie wykazały jakiegokolwiek zaangażowania SB w Emilcińską mistyfikację, autor musi odejść od hipotezy związanej ze służbami specjalnymi na rzecz nazwanej przez niego multihipotezą.

Pomimo tego, że autor nie był w stanie jej utrzymać, pozostają pewne niewiadome, obok których nie możemy przejść obojętnie. Bardzo nad tym ubolewałem, dlaczego autor mimo wszystko nie próbował na nie odpowiedzieć, mam tutaj na myśli wymienione powyżej możliwości Zbigniewa Blani oraz rozwój ruchu ufologicznego w Polsce nawet w okresie stanu wojennego. Osobiście jestem zdania, że temat zależności pomiędzy UFO, a władzami PRL cały czas pozostaje otwarty, tym bardziej, że jeden z czołowych polskich ufologów - Bronisław Rzepecki - stwierdza na łamach książki Bartosza Rdułtowskiego, że jego zdaniem większość obserwacji UFO w latach 80. było inspirowanych przez SB.

Chciałbym również podkreślić, że jak do tej pory nikt, tak jak autor "Tajnych Operacji PRL i UFO", nie zajął się tym tematem i nie wyciągnął tak poważnych wniosków. Autor rozpatrując wszystkie za i przeciw teorii mistyfikacji zajścia na łączce wyciąga wręcz genialne wnioski. Zwrócił np. uwagę na szczegóły, których nikt do tej pory nie zauważył. Mianowicie windeczka, którą Wolski jechał na górę do pojazdu, zachowywała się wbrew prawom fizyki! Gdy rolnik był już po badaniu dokonanym przez obce istoty, po dotarciu na ziemię podczas zeskakiwania z niej nie zauważył, aby odsunęła się do tyłu jak huśtawka. Było to nierealne, gdyż jak sam świadek relacjonował, była zawieszona na wiotkich szpagatkach. Podobnie sprawa miała się ze świdrami znajdującymi się w kątach pojazdu – wiedział, że są w kształcie śruby (jak sam mówił "szlumaka"), ale jak mógł się tego dowiedzieć, skoro bardzo szybko się poruszały? Rdułtowski podkreśla tu, że nikt nie jest w stanie zobaczyć kształtu szybko obracającego się wiertła wiertarki i trudno mu tutaj zaprzeczyć! Coś było nie tak, podobnie z zachowaniem załogantów UFO. Każdy miał przypisaną jakąś konkretną rolę – co zauważył współpracujący z autorem Krzysztof Drozd – dzięki której Wolski potrafił ich bez problemu odróżnić. Zdecydowanie coś tutaj nie pasowało!

W tym momencie śledztwa sprawa zaczynała stawać się coraz bardziej oczywista, jednak, ze względu na posiadaną wiedzę autora, głównym podejrzanym dokonania mistyfikacji był Blania. Biorąc pod uwagę jeszcze zachowanie Wolskiego w trakcie i po zdarzeniu, kiedy to coś dziwnego dopadło go dopiero po powrocie do domu, pomimo tego, że w czasie konfrontacji z zielonymi nie odczuwał strachu, autor na razie nieśmiało zaczynał wysnuwać hipotezę o zahipnotyzowaniu Wolskiego! Potwierdzenie tych hipotez autor odnalazł w archiwum Blani, uzyskanym od jego siostry. Właśnie wtedy dowiedział się o możliwości zahipnotyzowania Wawrzonka w trakcie programu, wszystko z informacjami zawartymi w książce Blani o pewnej osobie poddanej sesji implikowania fałszywych wspomnień oraz tym, co wydobył z jego korespondencji z Wawrzonkiem. Pozostawał tylko jeden poważny problem – w jaki sposób Blania trafił na Wolskiego. Z tym problemem borykał się bardzo długo, tym bardziej, że listy nie mogły udowodnić współpracy Wawrzonka w mistyfikacji Blani. Było wręcz przeciwnie, to Blania rozdawał karty! Podczas obu wyjazdów Bartosza Rdułtowskiego do Emilcina dotarł on również do świadka tych zdarzeń, nieznanego nikomu z nazwiska Leona Raka. To właśnie do niego Wolski jechał tego poranka ze swoją kobyłą (no może nie do niego, a do jego ogiera). Ten oczywiście potwierdza to, co mówili wszyscy, że Wolski był porządnym gospodarzem i wódki nie pił. Odnajduje również milicjantów, którzy zaalarmowani przez dyrektora szkoły przyjechali na miejsce w celu dokonania oględzin, a co było bardzo ciekawe, to żona jednego z nich opiekowała się Wolskim w szpitalu podczas jego ostatnich dni. Dociera do Krystyny Adamczyk znanej z nagrania Henryka Pomorskiego, który to rejestrował relację Wolskiego na swój magnetofon w dniu 6 lipca 1978 roku. Próbuje również kontaktować się z Adamem Popiołkiem (dziś już dorosłym mężczyzną), który odmawia jakiegokolwiek wypowiedzenia się na ten temat. Wspominam tutaj o Adamie Popiołku czy też małym Adasiu ze względu na to, że w materiałach po Blani, Rdułtowski znalazł zapis przebiegu rozmowy z nim, gdy był jeszcze małym dzieckiem. Rozmowa znacznie odbiegała od tego co zostało opisane w "Zdarzeniu w Emilcinie". Większość informacji Blania wkładał w usta małego chłopca oraz delikatniej mówiąc manipulował nim. Wszystko wskazywało na to, że jego opowieść była zwykłym dziecięcym wybrykiem związanym z wymyśleniem historyjki, która została wykorzystana przez Blanię w celu uzyskania drugiego, niezależnego świadka. Pomimo zdobycia tak wielu cennych informacji (włącznie z odkryciem wcześniejszego niż opisywanego przez Blanię pojawienia się Aleksandry Piotrowskiej – jednej z badających, która miała "obłaskawiać Adasia") autor nadal nie mógł ustalić skąd Blania mógł znać Wolskiego. Próbował nawet łączyć przyjazd Blani do Emilcina z mordem dokonanym w pobliskich Komaszycach, niestety bezskutecznie.

Gdy już zdawało się, że śledztwo utkwi w martwym punkcie, dzięki pomocy Krzysztofa Drozda, autorowi udaje się nawiązać kontakt z żoną i synem Witolda Wawrzonka. To właśnie dzięki odnalezieniu tych ludzi i zdobyciu od nich archiwum po lubelskim ufologu następuje największy przełom. Wszystkie puzzle tej układanki zaczęło w końcu do siebie pasować!

Dzięki mozolnemu i profesjonalnemu śledztwu Rdułtowskiego, mogę stwierdzić, że prawda mnie zaskoczyła! Umiejętnie łącząc fakty i zdobyte informacje wysuwa najbardziej przypuszczalną hipotezę, po której ja, osoba głęboko przekonana, że w Emilcinie doszło do spotkania Wolskiego z przedstawicielami obcej cywilizacji, potrafiłem zmienić zdanie. Opiera się ona na bardzo solidnych podstawach i dotyczy Wawrzonka jako inicjatora zajścia na "łączce na skraju wszechświata". Wawrzonek, który jak do tej pory dał się poznać w śledztwie Rdułtowskiego jako osoba, która lubi fantazjować, nieszkodliwy "UFO-bzik" jakby go nazwał Blania, który podsyła fałszywe zdjęcie UFO do programy "Sonda", okazuje się zupełnie kimś innym. Ze zdobytych informacji wynika, że trzyma głęboką urazę do Blani za zahipnotyzowanie go i implikowanie fałszywych wspomnień podczas programu, do którego emisji jak wcześniej wspomniałem nie doszło. Znając jednego z synów Wolskiego przyjeżdża do Emilcina, trafia na Wolskiego, kieruje go na łączkę gdzie dochodzi do zahipnotyzowania rolnika i implikacji spotkania z zielonymi przybyszami. Wszystkie poszlaki wskazują na niego, jako sprawcę tego zajścia, tym bardziej, że Helena Wawrzonek w jednej z rozmów z Rdułtowskim potwierdza, że Witold interesował się hipnozą!

Bardzo istotnym elementem śledztwa zawartego w "Tajnych Operacjach PRL i UFO" jest to, że autor potrafi odejść od wcześniejszej hipotezy na rzecz nowych tropów. Świadczy to o jego dużym profesjonalizmie i umiejętności wyszukiwania własnych błędów bez naginania całej historii pod z góry ustaloną tezę.

Poza wyjazdami autora do Emilcina możemy przeczytać o jego podróży do dwóch bardzo istotnych miejsc, jakimi była Przyrownica i Golina. Blania opisywał je, że razem z Emilcinem tworzą twierdzę nie do zdobycia, więc ich pominięcie byłoby śmiertelnym grzechem. Podobnie jak i w Emilcinie autora nie opuściło szczęście w docieraniu do świadków zdarzeń, choć Ci z Przyrownicy nie są aż tak bardzo istotni dla całej sprawy, chociażby dlatego, że ich historia przez te wszystkie lata bardzo ewoluowała. Do takiego stopnia, że do ich relacji wpleciono wiele informacji, które nie pojawiły się w relacjach z lat 70. Nie zmienia faktu, że dzieci coś zobaczyły w lesie w pobliżu szkoły, choć niekoniecznie to coś było pochodzenia pozaziemskiego. Bartosz Rdułtowski po rozmowie z ludźmi biorącymi przed laty udział w tym wydarzeniu, jak i z miłośnikiem zajścia jakie tam miało miejsce, jest przekonany, że wszelkie opowieści świadków poza tym co zostało zrelacjonowane w latach 70., są wyssane z palca i trudno mu się tutaj dziwić. Wyciąga za to bardzo ciekawe wnioski, włączając je do swej multihipotezy, łączące Przyrownicę i Golinę jako dwa incydenty, które musiały zaistnieć, aby uwiarygodnić Emilcin. Taki as w rękawie Blani w celu zdyskredytowania Wawrzonka, który na łamach polskich pism, na razie w formie listów, próbuje lansować swą hipotezę podwodnego pochodzenia emilcińskich gości.

Autor "Tajnych operacji PRL i UFO" dociera również do Goliny, gdzie próbuje nawiązać kontakt z ostatnim z żyjących świadków tych wydarzeń – Henrykiem Marciniakiem, który miał rzekomo spotkać zielone istoty w golińskim lesie. Z lektury dowiadujemy się jednak, że Marciniak w czasie wizyty Rdułtowskiego przebywa w sanatorium, co jest dość wątpliwe, zważywszy na fakt przyszłych wydarzeń związanych z jego osobą. Dowiaduje się również dość istotnego szczegółu, mianowicie Marciniakom w latach 70 się nie przelewało. W połączeniu tego z późniejszą korespondencją Bartosza Rdułtowskiego z Henrykiem Marciniakiem oraz jego rozmową telefoniczną poprzedzającą wyjazd do Goliny, fakty zaczynają się układać w zgrabną całość, która w mistrzowskim stylu została nam przedstawiona przez krakowianina. Niestety, nie wyjaśnioną do tej pory kwestią pozostaje, skąd Blania mógł znać Marciniaka, który został zaproszony w celu... stworzenia mistyfikacji związanej ze spotkaniem przybyszów!

Przez blisko 40 lat od zdarzeń, które miały miejsce w Emilcinie, Przyrownicy oraz Golinie nikt nie podjął się takiego wyzwania, jak Bartosz Rdułtowski. Cały czas powtarzano oklepane frazesy (co wcale nie powinno dziwić, gdyż wiem po sobie, jak silny wpływ wywiera lektura książki Zbigniewa Blani). Frazesy te tylko utwierdzały nas w tym, że śledztwo przeprowadzone przez Blanie było śledztwem doskonałym i nie do podważenia. Niestety (albo i stety, dlatego dziś mamy okazję czytać tak świetną pozycję jaką jest "Tajne Operacje PRL i UFO") nikt nie zdołał dotrzeć do tych informacji i materiałów, które zostały przedstawione w wyżej wymienionym tytule, a które potrafiły diametralnie zmienić spojrzenie na zajście sprzed lat. Dziwnym jest również fakt, że większość badaczy UFO nie potrafiła dotrzeć do tych jeszcze żyjących świadków, co zrobił Pan Rdułtowski. Być może bali się podobnie jak i ja czytając książkę, że dowiedzą się czegoś, czego by nie chcieli, i dlatego operowali tylko tym, co było ogólnie dostępne? Nie mnie odpowiadać na to pytanie.

Muszę przyznać, że książka była dla mnie bardzo poruszającym dziełem, które zburzyło moje dotychczasowe spojrzenie na Emilcin, Przyrownicę i Golinę, ale nie pozostawiła po sobie tylko zgliszczy. Zbudowała coś bardzo silnego, opartego w końcu na potężnych podwalinach popartych faktami, ciężką pracą autora, żyjącymi świadkami czy też materiałami, które przetrwały do dziś. Odważę się nawet stwierdzić, że jest to najlepsza pozycja traktująca o tematyce UFO napisana w Polsce. Pozycja, która nie pozwoliła mi się od niej oderwać od grudnia 2013 aż do dziś, a piszę tę recenzję na przełomie kwietnia i maja 2014. Przeczytałem ją już kilkukrotnie, a za każdym razem, gdy się w niej zagłębiam, trafiam na coś nowego, na co wcześniej nie zwracałem uwagi. Prawda zdecydowanie potrafi zaskoczyć.

Mój epilog do książki "Tajne Operacje PRL i UFO"

Zainspirowany książką Pana Rdułtowskiego oraz licznymi facebookowymi rozmowami z autorem, postanowiłem na własną rękę sprawdzić kilka spraw, które zaintrygowały mnie w jego śledztwie. Wszystko zaczęło się od mojego wyjazdu w okolice Tomaszowa Mazowieckiego w lutym 2014 roku, kiedy to wracając po blisko tygodniowym pobycie w tych okolicach, postanowiłem odbić z głównej drogi w kierunku Przyrownicy. Niestety nie wziąłem pod uwagę, że słońce zajdzie zanim dotrę do celu. Pod szkołę, w której uczyli się świadkowie, zajechałem, gdy było bardzo ciemno. Pozwoliłem sobie na krótki postój i niestety musiałem ruszać dalej, jednak skorzystałem z okazji i udałem się do Goliny na ulicę przy, której mieszka Henryk Marciniak. Ze względu na późną godziną dałem sobie spokój z odwiedzaniem świadka, rozeznałem się w terenie i wróciłem do domu. Dla mnie nie był to jednak koniec, postanowiłem tam wrócić.

Do mojego ponownego wyjazdu do Goliny doszło w marcu 2014. Poprzedziłem go wysłaniem listu do Henryka Marciniaka, który pozostał do dziś bez odpowiedzi. Pytałem się w nim czy zdarzenie opisywane przez Konrada Turowskiego w "Kurierze Polskim" zdarzyło się naprawdę. Znając fakty opisywane przez Bartosza Rdułtowskiego domyślam się, że już nigdy nie dostanę na niego odpowiedzi, jednak niezrażony wyruszyłem w kierunku Goliny. Tym razem byłem na miejscu o bardziej odpowiedniej na wizytę porze dnia. To, do czego doszło tego dnia w Golinie, wcale mnie nie zaskoczyło (choć muszę przyznać, że trochę się zawiodłem). Powiem więcej, utwierdziło mnie jak i Pana Rdułtowskiego w tym, że Marciniak nie spotkał żadnych zielonych istot z "barakowozu" jak sam wspominał. Gdy zatrzymałem samochód pod jego domem i podszedłem do furtki zauważyłem, że jest zamknięta. Niestety nie było przy niej dzwonka więc stałem tak około 10 minut wyczekując aż ktoś mi otworzy, kilkukrotnie zawołałem "halo". Niestety bez rezultatu. Znudzony i lekko poirytowany ruszyłem, na krótki spacer. Przechadzając się ulicą, przy której mieszka, postanowiłem zajrzeć do jednego z jej mieszkańców. Po krótkiej rozmowie z nim usłyszałem, że Marciniakowie po ostatniej wizycie "jakiegoś faceta" na wszelki wypadek nie otwierają nikomu obcemu. Jak widać Henryk Marciniak ma coś zdecydowanie do ukrycia! Przeglądając różne fora internetowe natrafiłem na domysły internautów związane z tym, że zachowanie mieszkańca Goliny spowodowane jest tym, że został kiedyś wyśmiany przez dziennikarza i dlatego teraz unika wypowiadania się publicznie. Jest to bardzo wątła teoria zważywszy na to, że sam zainteresowany został opisany trzy razy, nigdy w prześmiewczym tonie. Po dwóch artykułach (jakie można znaleźć w książce "Tajne Operacje PRL i UFO" na stronach 84-94) słuch po nim zaginął. Jak sam Bartosz Rdułtowski wspomniał na łamach swojej książki, wielka szkoda, że Bronisław Rzepecki nie dotarł przed laty do świadka, gdy pisał swoją książkę "UFO Nad Polską", którą również odświeżyłem sobie po latach, a muszę przyznać że była bardzo przydatna podczas mojego następnego wyjazdu. Cały czas wielką niewiadomą pozostaje kwestia znajomości Blani z Marciniakiem. Biorąc pod uwagę, że zajście jakie miało miejsce w Golinie było mistyfikacją, łódzki ufolog musiał mieć pewnego współpracownika, który go, mówiąc potocznie, nie wsypie. Takich osób nie bierze się "z ulicy". Być może to nie Blania znał Marciniaka, tylko Konrad Turowski! Czasami zapominamy jak wielką skarbnicą wiedzy jest dziś internet, który naprowadził mnie na pewne poszlaki. W pobliskiej Golinie miejscowości Ślesin mieszka rodzina Turowskich, z którymi udało mi się nawiązać kontakt jednak nie potwierdzili przypuszczeń. Być może spowodowane to było dość młodym wiekiem osób, z którymi rozmawiałem. Pomimo braku pokrewieństwa trop cały czas wydaje się słuszny, potwierdzać to może fakt, w jak szybki sposób powstał materiał o Golinie. Dokładniej zostało to opisane przez Bartosza Rdułtowskiego na łamach jego najnowszej książki.

Do mojego ponownego wyjazdu do Przyrownicy doszło dopiero 3 maja 2014 roku. Od samego rana pogoda nie wróżyła nic dobrego, bez przerwy lało jak z cebra. Jednak niezrażony wraz ze swoją życiową towarzyszką wyruszyliśmy w kierunku Łodzi. Założenia co do wyjazdu były takie, że jedziemy tam tylko i wyłącznie sprawdzić teren, bez rozmów ze świadkami wydarzeń – one i tak nic nowego by nie wniosły, a wszystko zostało już przedstawione w książce "Tajne Operacje PRL i UFO". Gdy dotarliśmy na miejsce pomimo tego, że wiedziałem, iż doszło tam do mistyfikacji, byłem pełen emocji. Minęliśmy znak informujący o tym, że jesteśmy w Przyrownicy, przejechaliśmy około 2 kilometrów i zobaczyłem znane mi skrzyżowanie drogi prowadzącej do wsi Magnusy. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to była odludność tego miejsca. Pomimo tego, że wiele się zmieniło przez ostatnie 40 lat, to jednak najbliższa okolica była pusta i cicha. Po zwiedzeniu istniejącego do dziś, jednak już opuszczonego, budynku szkoły ruszyliśmy do lasy, w którym doszło do spotkania rzekomej "istoty". Miałem o tyle ułatwioną sytuację, gdyż przed laty Bronisław Rzepecki wraz z Krzysztofem Piechotą przygotowali bardzo dokładny szkic terenu z zaznaczonymi miejscami wszystkich zdarzeń do jakich miało dojść w Przyrownicy. Obserwując teren, zdałem sobie sprawę, jak to miejsce było idealne dla przygotowania mistyfikacji! Za dość otwartym teren, na którym doszło do spotkania, znajdowała się gęstwina, za którą znów można było bez problemu zaparkować auto niewidoczne od strony szkoły. Przy bardzo szybko przeprowadzonej akcji, jaką było przestraszenie dzieci, jej twórca mógł szybko wrócić do samochodu i oddalić się na przykład w stronę wsi Magnusy. Nie zgadzam się jednak z teorią Pana Rdułtowskiego co do pomalowania twarzy. Zmycie takiej farby (nawet specjalistycznej, używanej przez żołnierzy) jest dość trudne i czasochłonne. Chyba inicjator tego zajścia nie ryzykowałby stworzenia przypadkowego bliskiego spotkania III stopnia z kosmitą w dużym Fiacie... Jestem przekonany, że zamiast farby została użyta tu najprostsza forma "kamuflażu" w postaci zielonej pończochy wciśniętej na głowę. Reszta przebrania pozostaje kwestią sporną, jednak przy pewnej wprawie zdjęcie kombinezonu płetwonurka nie powinno stanowić większego problemu, a co do samych dłoni z błonami to jak Pan Rdułtowski opisał to w swojej książce – w tamtym okresie były dostępne rękawice płetwonurka wyglądające jak dłoń domniemanego kosmity.

Poza miejscami związanymi z mistyfikacją obejrzałem również te opisane przez K. Piechotę i B. Rzepeckiego w książce "UFO nad Polską" – na przykład "Łysą Górę" – miejsce gdzie jeden ze świadków w noc poprzedzającą zdarzenie miał widzieć opadające światło. Dziś trudno zweryfikować te informacje, jednak mogło być to coś zupełnie przypadkowego, jak na przykład przelatujący samolot, który gdzieś głęboko zarejestrowany w pamięci na kanwie wydarzeń dnia następnego pobudził jego wyobraźnię. Sprawdziłem również miejsce, gdzie rzekomo widziano ślady stóp istoty – znajdowały się one blisko leśnego duktu, gdzie sprawca tego całego zamieszania mógł zostawić samochód.

Tak jak wcześniej wspomniałem, nawet dziś to miejsce jest bardzo odludne. Nawet jeśli one tam się znajdowały, to wydaje mi się, że nie było problemem wyskoczyć na "minutkę" w celu ich spreparowania. Będąc przy śladach, chciałbym również wspomnieć o bardzo celnym ciosie zadanym przez Pana Bartosza Rdułtowskiego w stronę hipotezy Blani. Ten drugi zapierał się, że nikt śladów pozostawionych przez istoty w Emilcinie nie mógł spreparować, gdyż potrzebne byłoby do tego specjalne narzędzie, jakiego zapewne nikt w Emilcinie posiadać nie mógł. Było to na tyle naiwne tłumaczenie, że natychmiast zostało przez Pana Rdułtowskiego wychwycone, a prze zemnie potwierdzone. Podczas jednego ze swoich leśnych spacerów natrafiłem na miejsce po wyrębie drzew, gdzie znajdowała się specyficzna łódeczka pozostała po pracy drwali. W związku z tym, że byłem w trakcie przemyśleń odnośnie tego, co zaszło w Emilcinie, pierwsze moje skojarzenie skierowało się w stronę tego jakże zaawansowanego przyrządu służącego do spreparowania śladów. Próbowałem odcisnąć swój ślad w ziemi, jednak była zbyt twarda – w końcu tamten najlepszy ślad został odciśnięty na kretowisku. Jednak idąc tym tropem tak naprawdę nie musiał to być kawałek drewna, na który przypadkowo natrafiłem – wystarczyłby nawet fragment odpowiednio zagiętej rynny, rury lub czegokolwiek innego o podobnym kształcie. Oczywiście o ile taki "dziwny" ślad został odciśnięty w Emilcinie, należy pamiętać zeznanie technika kryminalnego, do którego dotarł Pan Rdułtowski – nie przypominał sobie, aby takowy ślad tam był. Poza samą Przyrownicą 3 maja udaliśmy się ponownie do Goliny, jednak przez bardzo silne opady wjazd do lasu, w którym Henryk Marciniak rzekomo widział zielone istoty, mógłby okazać się ostatnim wjazdem gdziekolwiek. Powstałe olbrzymie kałuże wody znacznie utrudniały przejazd, a auto wydawało się z każdym przejechanym metrem coraz bardziej się zakopywać.

Niezrażony jednak wróciłem do domu bardzo zadowolony z tego, co zobaczyłem i oceniłem w Przyrownicy. Potwierdziło to i tak już moje głębokie przekonanie o mistyfikacji zakrojonej na szeroką skalę, jaka miała miejsce w Emilcinie, Przyrownicy i Golinie. Jednak ze względu na bardzo duży upływ czasu od wyżej wymienionych zajść oraz śmierć głównych świadków pewnych drobnych niuansów sprawy możemy się już nigdy nie dowiedzieć. Jednak ja zainspirowany wspaniałym śledztwem przeprowadzonym przez Bartosza Rdułtowskiego będę starał się dociec prawdy, bo ta, jak głoszą słowa na "pomniku ku chwale ludzkiej naiwności" może nas jeszcze zadziwić.

Autor - Jakub Pomezański
za: "Opuszczona i Zapomniana Wielkopolska"
zobacz źródło
® Wydawnictwo TECHNOL
Stronę oprogramował KosmaTy ©