RECENZJA

"Wyjaśniając niemożliwe do wyjaśnienia"

Od końca 2012 roku przez całe pierwsze półrocze 2013 miałem przyjemność przeżyć wspaniałą przygodę intelektualną. Było nią aktywne uczestniczenie w powstawaniu książki Bartosza Rdułtowskiego „Tajne Operacje PRL i UFO”. Jest to publikacja, która porusza tematykę najbardziej znaczącego w historii polskiej ufologii rzekomego spotkania z kosmitami, jakim było 10 maja 1978 roku tak zwane zdarzenie w Emilcinie.

Nie ukrywam, że bardzo się ucieszyłem, kiedy Bartosz Rdułtowski oznajmił mi że ma zamiar zająć się tą sprawą. Jest człowiekiem, który posiada własne wydawnictwo książkowe – Wydawnictwo Technol – a przez to dysponuje tym, na co znaczna część ogółu nie może sobie pozwolić – czyli nieograniczoną ilością wolnego czasu. A żeby przeprowadzić takie śledztwo i takie badania nie wystarczy miesiąc urlopu, czy coś w tym stylu.

Bartosz Rdułtowski przed przystąpieniem do pracy nad książką miał już doświadczenie w demistyfikowaniu legend ufologicznych. Jak zapewne wszyscy czytelnicy jego książek wiedzą, wcześniej rozwiązał kwestię budowy i rzekomych próbnych lotów niemieckich dysków V-7. Nie wchodząc w szczegóły przekonująco zaprezentował w swoich publikacjach, że tego typu pojazdy po prostu nigdy nie istniały. Miał zatem przygotowanie do ruszenia kolejnego gmachu rzekomych niepodważalnych faktów.

Po tych wstępnych dygresjach myślę, że warto przejść do sedna kwestii emilcińskiej. Ale zanim to uczynię skreślę parę zdań na temat stopniowo rodzących się we mnie wątpliwości co do rzekomych zdarzeń ufologicznych. Wydaje mi się, że będzie dobrze, jak w ogromnym skrócie przedstawię dwa przypadki, które, jak mniemam, są dobrze znane naszemu odbiorcy. Pierwszym z nich była tak zwana „katastrofa UFO w Węgorzewie”.

Nie chcąc zanudzać czytelnika szczegółami tego przypadku wspomnę jedynie, że został on dokładnie opisany w publikacji wydanej na początku tego wieku w 2001 roku przez Bronisława Rzepeckiego zatytułowanej „Katastrofy NOL – Ukryta Prawda”. Każdy czytelnik może sięgnąć do zawartego tam opisu tego incydentu, który podobno – to znaczy zdaniem anonimowego informatora pana Rzepeckiego – wydarzył się w nocy z 14 na 15 marca 1997 roku.

Kiedy w 2001 roku po raz pierwszy zapoznałem się z zaprezentowaną w powyższej publikacji historią, postanowiłem sprawdzić u tak zwanych „czynników oficjalnych”, jaki był realny przebieg tego incydentu, czym był obiekt, który tam znaleziono, oraz jakie były jego dalsze losy. Nie ukrywam, początek dochodzenia był zniechęcający. Ale w końcu dopisało mi szczęście. Po interwencji senatora Jarzembowskiego ówczesnego wicemarszałka senatu o ówczesnego ministra obrony narodowej świętej pamięci pana Szmajdzińskiego otrzymałem jednoznaczną odpowiedź: całe opisane zdarzenie jest wymysłem autora. Incydent węgorzewski nigdy nie miał miejsca. Co więcej, podana w nim jednostka GROM-u, która miała brać w nim udział, przebywała w połowie marca 1997 roku nie w okolicach Węgorzewa, ale miała szkolenie narciarskie w Szklarskiej Porębie. Słowem mit bez pokrycia, a mówiąc kolokwialnie zwyczajna bzdura.

Kilka lat później nastąpił we mnie można powiedzieć radykalny zwrot w podejściu do zjawiska UFO, uczciwości świadków oraz rzekomych porwań przez kosmitów. W połowie maja 2007 roku zakończyłem tłumaczenie książki Johna Fullera „Przerwana Podróż”, czyli publikacji dotyczącej rzekomego pierwszego porwania przez kosmitów Betty i Barney`a Hillów. Był to przypadek klasyczny, który stanowił kanon ufologiczny już od dziesiątek lat. Niestety dla niego po przetłumaczeniu tej pozycji stało się dla mnie jasnym, że absolutnie, jeszcze raz powtórzę absolutnie (!) nie ma mowy o tym, że to małżeństwo zostało porwane przez kosmitów. Jeśli rzeczywiście do czegoś doszło, to najwyżej do uprowadzenia ich przez ludzi, a potem ich historia została bardzo sprytnie i nie bójmy się powiedzieć cwanie zamieniona w porwanie przez kosmitów. Nie wdaję się tu w szczegóły dlaczego tak uważam – zresztą wyraziłem to już siedem lat temu na blogu Roberta Leśniakiewicza – w każdym bądź razie, jeśli ktoś chciałby mimo wszystko poznać szczegóły to zapraszam do dyskusji.

Teraz po upływie następnych kilku lat w 2012 roku w trakcie jednej z rozmów z Bartoszem Rdułtowskim poruszyliśmy kwestię Emilcina. Emilcin to najbardziej znany z polskich przypadków ufologicznych i w skali naszego kraju można go śmiało przyrównać do „porwania” Hillów. Pamiętam, że wówczas powiedziałem Bartoszowi Rdułtowskiemu, że naprawdę trudno jest ten przypadek „ugryźć”, to znaczy zracjonalizować, a więc znaleźć dla niego prostsze wyjaśnienie nie odwołujące się do porwania go przez kosmitów. Autor wspomnianej na wstępie książki zgodził się ze mną i przyrzekł przeprowadzić gruntowne śledztwo. Jego wyniki były naprawdę zadziwiające i dały wiele do myślenia.

Bartosz Rdułtowski zaznaczył w swojej książce, że nie upiera się, że zaproponowane przez niego wyjaśnienie jest pewne w stu procentach. Oczywiście zgadzam się z nim jak najbardziej. Ale z drugiej strony, to co proponuje autor jest jak najbardziej realne uwzględniając realia Polski lat siedemdziesiątych. Hipnoza pana Wolskiego jak najbardziej mogła mieć miejsce i nie wymagała ona specjalnych nakładów ani środków. O sposobie przeprowadzenia badań przez pana Blanię nie muszę nic mówić – każdy kto czytał książkę „Tajne Operacje PRL i UFO” wie, jak one wyglądały. Znamienne jest również zachowanie pana Henryka Marciniaka, który przyznał się, że zazwyczaj wiązane z Emilcinem zdarzenie w Golinie były zwykłym oszustwem.

Z tego co wiem od autora, jego publikacja została przyjęta dobrze. Owszem jest grupa osób, która zareagowała emocjonalnie na jego pozycję, ale jest ona zdecydowaną mniejszością. Osobiście rozumiem ludzi, którzy krytykują Bartosza Rdułtowskiego i zarzucają mu różne niedokładności, przeinaczenia oraz brak kontaktu z tą czy tamtą ważną osobą związaną z przypadkiem. Nawet jeśli hipoteza Rdułtowskiego jest nietrafiona, to jednak, tak czy owak, jest ona alternatywą i co więcej alternatywą całkowicie realną, o czym wspomniałem przed chwilą. Osoby krytykujące autora często nie mogą się pogodzić z tym, że ich trwały paradygmat – to znaczy UFO = kosmici – może być w ten czy owy sposób zachwiany, czy nawet nieprawdziwy. Ale cóż, w naukowości obowiązuje jednoznaczna zasada – niesamowite twierdzenia potrzebują niesamowitych dowodów.

Czy ufologia dostarczyła takich dowodów? Pozwólmy sobie w tym miejscu na krótką retrospekcję. Od tak zwanej „współczesnej ery UFO”, czyli od 24 czerwca 1947 roku, na świecie była niezliczona ilość obserwacji nieznanych obiektów latających. Spośród nich znaczny procent był efektem zjawisk atmosferycznych czy techniki człowieka. Oczywiście ufolodzy zawsze będą mieli argument, że nawet jeśli 99% obserwacji można wyjaśnić to zawsze jest 1% niewyjaśniony. Zgadza się. Ale czy ten niewielki ułamek to odwiedziny kosmitów? Odpowiedzmy sobie sami na tą kwestię.

Z czasem przeloty dzienne, nocne, obserwacje dalekie czy nawet bliskie spotkania pierwszego stopnia przestały ludzi interesować. Było ich tyle, że spowszedniały, a zatem trzeba było wymyślić coś nowego i, nie ukrywajmy, podkręcić atmosferę. Zatem pojawiły się porwania przez kosmitów, potem wymyślono zapładnianie ziemskich kobiet, wszczepianie implantów, katastrofy UFO, nocnych sypialnianych gości, pakt rządu USA z wrogą rasą kosmitów, okaleczanie zwierząt gospodarskich, podziemne bazy, w których wspólnie kosmici pracują z ludźmi. Zatem w klasyczny sposób budowano napięcie oczywiście przedstawiając przybyszy, jak wrogie rasy, których celem jest podbicie a w konsekwencji eksterminacja ludzkości. Jest nawet autor, zresztą Polak, którego imię i nazwisko przez dobre wychowanie i litość przemilczę, który twierdzi, że 11 września 2001 roku w siedzibę światowego centrum handlu w Nowym Jorku uderzyło niewidzialne UFO i to ono, a nie cokolwiek innego, spowodowało zapadnięcie się tych budynków. A już ostatnim „krzykiem ufologicznej mody” są „przekonujące” twierdzenia, że Ziemią rządzi kosmiczna rasa reptilian, której przedstawicielami są między innymi członkowie brytyjskiej rodziny królewskiej z panującą obecnie Elżbietą II na czele.

Czy ufologia przedstawiła jakiekolwiek autentyczne dowody na prawdziwość tych twierdzeń? Otóż niestety żadne. Wiem, że można się na coś takiego oburzać. Jak tak można mówić? Przecież jeśli ktoś ma w głowie implanty, no to chyba sam ich tam sobie nie włożył, prawda? Zgoda, oczywiście, ale to absolutnie nie upoważnia nikogo do twierdzenia, że danej osobie wszczepili je tam kosmici. O dokumentach nie wspomnę – dzisiaj są takie możliwości, że każdy dokument można tak spreparować, żeby wyglądał na autentyk sprzed na przykład sześćdziesięciu lat.

Bezkrytyczny rozwój ufologii wynikał po części również z dwóch kwestii. Pierwszą była przebiegłość autorów. Nie ukrywajmy – cel merkantylny również odgrywał sporą rolę w lansowaniu nie sprawdzonych i niemożliwych do sprawdzenia opinii. Drugą kwestią była naiwność odbiorców ślepo wierzących w to, co mówiły rzekomo niepodważalne samokreujące się autorytety. To wszystko powodowało rozwój przekonań u ludzi, które nie miały absolutnie niczego wspólnego z rzeczywistością. Z czasem pojawiły się hipotezy alternatywne dla UFO typu: podróżnicy w czasie, światy równoległe, „emanacje” inteligentnej plazmy i inne rozumiane chyba tylko przez ich autorów.

Czy to wszystko oznacza, że ufologia się skończyła oraz, że nie warto już się tym zajmować? Wydaje mi się że nie. Oczywiście cały czas teoretycznie możliwy jest kontakt z rasami pozaziemskimi, ale biorąc pod uwagę bariery narzucane przez wszechświat, jest on w formie namacalnej praktycznie nierealny. Tak zdaję sobie sprawę z tego, że nasza nauka może być zupełnie inna za sto lat, aniżeli teraz, ale pewnych kwestii nie uda się nam przekroczyć. Jest to chociażby prędkość światła. Nic nie może poruszać się szybciej od niego. Jakiż więc sens będzie miał dialog z kosmitami, których dzisiaj zapytamy „Co u was słychać?” a odpowiedź otrzymamy za 50 tysięcy lat? Zatem wydaje mi się, że obecnie obserwacje ufologiczne dotyczą przede wszystkim dwóch kwestii – nieznanych czy też bardzo rzadkich zjawisk przyrodniczych oraz wytworów ziemskiej technologii.

Wracając do książki Bartosza Rdułtowskiego chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na moim zdaniem ważne przesłanie, które ona zawiera. Otóż ufologia, podobnie jak wiele innych dziedzin tak zwanych „nauk alternatywnych”, zaliczana jest przez oficjalną naukę do pseudonauki a przez wielu również do okultyzmu. Z tego co wiem, na polskim rynku wydawniczym jest niewiele pozycji w ten czy inny sposób atakujących pseudonaukę. Książka Rdułtowskiego jest zatem pozycją, która myślę, że każdego po jej przeczytaniu skłoniła do zracjonalizowania spojrzenia na tą tematykę pseudonaukową. Oczywiście, każdy ma prawo wierzyć we wszystko co uważa za prawdę. Szkopuł jednak w tym że trwanie przy faktach absolutnie nieprawdziwych prowadzi li tylko do tworzenia sekt piorących ludziom mózgi. Niestety z takim zjawiskiem mamy też do czynienia w dziedzinie ufologii.

Reasumując – zdaję sobie sprawę że trudno jest diametralnie i nagle zmienić zdanie na dany temat. Ale cóż, czasami takie fakty mają miejsce. I tylko od odbiorcy zależy, czy pogodzi się z tym czy też będzie zajadle atakował autora. Z drugiej strony w dzisiejszych czasach każdy czytelnik ma możliwość wydać swoją publikację, w której może przedstawić argumenty przeciwstawne teorii Bartosza Rdułtowskiego i zaprezentować swoje dowody na to że 10 maja 1978 roku w Emilcinie byli kosmici. Czekam na taką publikację książkową.

Autor - Adam Chrzanowski
® Wydawnictwo TECHNOL
Stronę oprogramował KosmaTy ©