WYWIAD

Wywiad z Bartoszem Rdułtowskim
dla portalu Konflikty Zbrojne

Andrzej Zasowski (A.Z.): Wydawnictwo Technol to jedno z niewielu wydawnictw w kraju proponujące tak ciekawe książki o omawianych w nich tematach. Teraz jest już znaną marką. Proszę nam powiedzieć, jak to było na początku? W jaki sposób wpadł Pan na pomysł stworzenia wydawnictwa??

Bartosz Rdułtowski (B.R.): Założenie wydawnictwa było konsekwencją dwóch czynników: typowych trudności, na jakie napotyka autor próbujący wydać swoją pierwszą książkę oraz mojego życiowego credo, które mówi, aby w sprawach dla mnie priorytetowych starać się nie być od nikogo zależnym. Kiedy maszynopis pierwszej książki był już ukończony, ja miałem zaledwie 28 lat. To był maj 2001 roku. Byłem świadom, że aby książkę wydać u jakiegoś wydawcy będę się musiał sporo natrudzić. Tym bardziej, że mówiła ona o historii amerykańskich tajnych programów lotniczych, a ja byłem farmaceutą, pracującym w aptece – czyli osobą, której wykształcenie w żaden sposób nie korespondowało z poruszaną problematyką. Wtedy też, robiąc rekonesans w sprawie możliwości wydania tej książki, jeden ze znajomych zasugerował mi, abym opublikował ją własnym sumptem. Decyzję o otwarciu wydawnictwa podjąłem bardzo szybko, praktycznie następnego dnia, po wcześniejszych konsultacjach z żoną – Agatą. Sześć miesięcy później – w listopadzie 2001 roku – pod dom zajechała bagażówka, a w niej „pachnące” jeszcze farbą drukarską paczki z moją pierwszą książką, zatytułowaną „Z archiwum tajnych technologii lotniczych”.

A.Z.: Jest Pan postacią znaną w środowisku ludzi interesujących się tajnymi broniami i ufologią. Skąd akurat takie zainteresowania?

B.R.: Wszystko zaczęło się od pewnego pytania, które zacząłem sobie zadawać w wieku bodaj 11 lat, po lekturze książki Janusza Wojciechowskiego „UFO i prawdziwe latające talerze”. Stawiana w niej teza, jakoby raporty o Niezidentyfikowanych Obiektach Latających były wynikiem obserwacji naszej własnej, ziemskiej technologii, nierzadko tajnej, niezbyt mnie przekonała i postanowiłem samemu ją „zweryfikować”. Oczywiście początkowo, przez kilkanaście lat, owa „weryfikacja” ograniczała się do zwyczajnego czytania setek książek i artykułów dotyczących lotnictwa i ufologii. To zwyczajne hobby nastolatka przerodziło się z czasem w coś więcej. Obecnie problem związków tajnej technologii wojskowej z raportami o UFO stanowi już tylko drobny fragment moich zainteresowań. Te skupiają się bowiem na wszystkim, co ma związek z historią tzw. tajnych broni. Od około 10 lat zbieram materiały dotyczące historii prac nad bronią atomową, rakietową i radarem, przy czym zasadniczo interesują mnie kulisy narodzin owych broni. Pasjonuje mnie również historia zimnej wojny i towarzyszący jej wyścig zbrojeń oraz historia amerykańskiego i radzieckiego podboju kosmosu. Od kilku lat gromadzę również wszelkie materiały związane z hitlerowskimi tajnymi fabrykami i poligonami doświadczalnymi, zlokalizowanymi na dzisiejszych terenach Polski. Oczywiście wciąż „śledzę” też kilka tematów związanych z lotnictwem, takich jak: historia technologii stealth, narodziny napędu rakietowego i odrzutowego, historia samolotów bezzałogowych i pionowzlotów oraz oczywiście prace nad tzw. „czarnymi projektami”.

A.Z.: Ile czasu pracował Pan nad książką „Zapomniana tajemnica Strefy 51”?

B.R.: Jeżeli ma Pan na myśli roboczogodziny, to trudno mi będzie obliczyć, zaś podanie czasu w latach będzie z kolei nieadekwatne. Nigdy nie pracuję tylko na jednym tematem. Staram się zawsze równolegle zbierać materiały do kilku nowych publikacji i dopiero widząc, że któryś nich jest już wystarczająco kompletny, piszę książkę. Zresztą samo pisanie, stanowi już tylko przysłowiowe „zapinanie guzików na uszytym wcześniej ubraniu”. To, co wielokrotnie spędza mi sen z powiek, to dotarcie do konkretnych materiałów i publikacji, nie wspominając już o kosztach takowych przedsięwzięć. Książka „Zapomniana tajemnica Strefy 51” to rozszerzone wydanie „Strefy Antygrawitacji”. Przypuszczam, że nie będę się zbytnio mijał z prawdą, jeżeli powiem, że praca nad nią zajęła mi blisko 2 lata, z czego przez rok 90% wolnego czasu poświęciłem tylko jej.

A.Z.: Wracając do tematu wyżej wspomnianej książki, czy od początku wiedział Pan, że to, co dzieje się w Groom Lake, to jedynie działania wojska, czy też obca technologia używana przez wojskowych?

B.R.: W przypadku problematyki przedstawionej w książce „Zapomniana tajemnica Strefy 51”, kluczowe (dla mnie) pytanie dotyczyło nie tyle rzekomego wykorzystania w Groom Lake obcej technologii, tylko tego, czy realizowano tam prace nad tzw. napędem antygrawitacyjnym oraz czy testowano jakieś awangardowe aparaty latające o dyskoidalnym kształcie. To właśnie weryfikacja tych zagadnień jest głównym tematem, jaki opisałem w książce. Sama kwestia wszelkich opowieści o tzw. katastrofach UFO oraz przechowywaniu i wykorzystywaniu przez armię Stanów Zjednoczonych tzw. „obcej technologii”, omówiona została tylko w celu naświetlenia pewnego, moim zdaniem, fascynującego zjawiska, jakim była geneza rewelacji głoszonych przez Boba Lazara. Nie można bowiem właściwie zrozumieć natury opowieści o tajnych technologiach i UFO badanych rzekomo w Strefie 51 – czyli na poligonie Groom Lake – jeśli nie spojrzy się wstecz na to, co działo się w ufologii w latach 70. i 80.

A.Z.: „Zapomniana Tajemnica Strefy 51” to świetny dokument, poparty wieloma listami i wypowiedziami znanych w półświatku ufologów ludzi. Czy kontakt z nimi był prosty czy też czasami należało się sporo natrudzić, aby znaleźć odpowiednie informacje?

B.R.: Dziś, w dobie Internetu, świat jest tak mały, jak nigdy wcześniej.Zdarza się, że od momentu kiedy natrafię na jakąś informację, na której temat chciałbym uzyskać nieco więcej wiadomości od jej autora, do czasu, gdy takową odpowiedź otrzymuję (wcześniej nie znając tego autora), mija niecała godzina. To niesamowite, szczególnie, gdy mój korespondent mieszka np. w USA. Niemniej czasami nawiązanie kontaktu lub dotarcie do materiałów trwa znacznie dłużej, nawet kilka miesięcy, czy lat. Dla przykładu, przez blisko dwa lata szukałem kopii pewnego artykułu z 1988 roku, w którym pierwszy raz podawano informacje o tzw. programie „Aurora”. W tym celu napisałem maile do blisko 200 osób, co już samo w sobie zajęło mi sporo czasu. Osobną rolę w gromadzeniu informacji do moich dotychczasowych książek odgrywa fakt, że większość interesujących mnie materiałów pochodzi z zagranicy, a tam ludzie są znacznie bardziej życzliwi i chętni do pomocy, niż u nas. To bardzo smutne, ale niestety prawdziwe. Dobrym przykładem takiego stanu rzeczy, jest historia mojej znajomości z pewnym badaczem z Francji. W maju 2006 roku nawiązałem z nim kontakt mailowy i dowiedziałem się, że posiada blisko 50 publikacji dotyczących problematyki tzw. niemieckich latających dysków (popularnie zwanych V-7). Były to publikacje, których ja usilnie poszukiwałem już od 2001 roku i nigdzie nie mogłem na nie natrafić. A tu nagle okazało się, że on ma je wszystkie w swoim archiwum i jest gotów wysłać mi ich skany lub kopie (xero) do Polski. Po zaledwie miesiącu, zgodnie z obietnicą, wszystkie te materiały miałem już w swoim archiwum. Mało tego, po kolejnym miesiącu otrzymałem kolejną sporą przesyłkę kopii artykułów, o których istnieniu nie miałem wcześniej nawet pojęcia, a które ów Francuz poszukał specjalnie pod kątem moich badań. W kontaktach z polskimi badaczami taka sytuacja byłaby niemal nie do pomyślenia. Tymczasem w kontaktach z badaczami z Włoch, Francji, Wielkiej Brytania, Czech, Niemiec, Kanady czy USA mam analogicznych, bardzo pozytywnych doświadczeń całkiem sporo. Mało tego, obecnie, kiedy wielu z nich wie już czym się zajmuję i jakich dokumentów szukam, niejednokrotnie będąc w archiwach, czy też bibliotekach i natrafiając na materiały przydatne dla mnie, robi ich kopie i następnie mi je wysyła.

A.Z.: Pana dotychczasowe książki to głównie rozważania nad historią niemieckich „latających dysków” oraz rzekomym wykorzystywaniem przez armię USA technologii pozaziemskiej. Wszystkie odniosły sukces. Czy czuje się Pan usatysfakcjonowany tym, że ludzi ciekawią takie tematy?

B.R.: Może to zabrzmi egoistycznie, ale ja pracując nad pięcioma książkami, które udało mi się już napisać i wydać, nigdy nie zastanawiałem się, czy będą one budzić zainteresowanie szerokiego kręgu odbiorców, czy też jedynie wąskiej grupy czytelników. Dla mnie liczyło się tylko to, aby przedstawić wiarygodne i sprawdzone informacje, aby należycie udokumentować stawiane przeze mnie tezy oraz odkryć prawdę na interesujące mnie tematy. Warto tu dodać, że dobra sprzedaż danej książki, bynajmniej nie koresponduje z tym, że jest ona wartościowa i poprawna merytorycznie. Dziś wydawnictwa zwyczajnie kupują sobie miejsca w rankingach sprzedaży, płacąc sieciom księgarni ciężkie pieniądze za wystawianie ich książek w dziale „hit miesiąca”, czy „nasza księgarnia poleca”. Tym, co mnie daje największą satysfakcję nie jest zatem dobra sprzedaż moich książek (na których reklamę przeznaczam praktycznie minimalne fundusze), tylko polecanie moich książek przez samych czytelników na różnych forach dyskusyjnych oraz listy i maile, jakie od nich otrzymuję. Bezwzględnie najwięcej satysfakcji dała mi moja druga książka – „Syndrom V-7”. Po jej wydaniu wielu czytelników pisało do mnie z gratulacjami, co było dla mnie nowością, ale też bardzo miły przeżyciem, motywującym do dalszej, mozolnej pracy. Książka „Syndrom V-7” jest dla mnie istotna jeszcze z jednego względu. Otóż pracując nad nią i krok po kroku wyjaśniając kolejne rąbki tajemnicy mitu o niemieckich dyskach, przeżyłem bodaj najwspanialszą przygodę mojego życia. Oczywiście praca nad zbieraniem materiałów była niezwykle ciężka i wyczerpująca – szczególnie, kiedy miesiącami czegoś nie mogłem zdobyć – ale świadomość, że przedzieram się przez niezbadane wcześniej aspekty mitu o V-7, że jestem pierwszym badaczem, który powiązał szereg elementów owej historii, było doznaniem trudnym do opisania. To prawie tak, jak odkrywanie zupełnie nowej krainy, w której nikt wcześniej nie był.

A.Z.: A teraz wybiegnijmy w przyszłość... Czy wydawnictwo Technol jakoś specjalnie i z rozmachem, np. publikacją nowej książki, wejdzie w 2007 rok? Jeśli tak, to proszę powiedzieć jakich tematycznie nowości możemy się spodziewać w najbliższym okresie?

B.R.: W nowym roku planuję wydać kilka bardzo ciekawych i wartościowych pozycji w ramach stworzonej przeze mnie serii „Militarne Sekrety”. Jedna z nich – autorstwa Jerzego Lebiedziewicza – będzie dotyczyć Zimnej Wojny. Z jej autorem znam się od lat. W kwietniu ubiegłego roku przekonałem go w końcu, aby swoją ogromną wiedzę, dotyczącą radzieckiego i amerykańskiego programu kosmicznego oraz szereg własnych publikacji prasowych, wykorzystał do napisania książki. Teraz jest ona w fazie redagowania. Planuję też wydać kilka nowości o tajemnicach Dolnego Śląska, który to temat stał mi ostatnio bardzo bliski. Nad jedną z tych książek pracują współpracujący ze mną Robert Primke i Maciej Szczerepa. Pracuję również nad kilkoma własnymi książkami, które, mam nadzieję, pojawią się w 2007 roku w księgarniach. Jedną z nich jest poprawione i znacznie rozszerzone wydanie „Syndromu V-7”. Myślę jednak, że największą niespodzianką dla czytelników będzie książką, którą piszę obecnie.Zdradzę jedynie, że dotyczy ona najbardziej tajemniczego obiektu, jaki Niemcy pozostawili po sobie pod koniec II wojny światowej na Dolnym Śląsku… Cały czas jestem też otwarty na współpracę z badaczami i autorami, którzy opracowali jakieś ciekawe tematy, związane z szeroko pojętym zagadnieniem „militarnych sekretów” i chcieliby je opublikować w postaci książki.

A.Z.: Na koniec pozostaje mi jedynie zapytać czy czuje się Pan już osobą rozpoznawalną i człowiekiem sukcesu? Czy po wydaniu pięciu swoich książek, czytając ich recenzje i rozmawiając z ludźmi zainteresowanymi tematem, czuje Pan dumę i poczucie spełnienia, czy też większą, dalszą chęć pisania?

B.R.: Nie należę do osób, które gonią za jakimś sukcesem i popularnością. To nigdy nie było i nie będzie moim celem. Ja lubię spokój, ciszę i ciężką pracę. Oczywiście, jak już mówiłem, pozytywne przyjęcie książek przez czytelników jest ważne i daje satysfakcję oraz motywacje, lecz autor, który po napisaniu książki zaczyna koncentrować swoją uwagę na jej ewentualnym sukcesie, popełnia wielki błąd. Pławienie się w sukcesie rozprasza. Wszelkie recenzje moich książek oraz uwagi przekazywane przez czytelników rozpatruje nie tyle w kategoriach „co zrobiłem dobrze i jak bardzo jestem z tego zadowolony”, ile w kategoriach „co przeoczyłem” lub „gdzie się pomyliłem”, a w konsekwencji, jak mogę to w przyszłości zrobić lepiej i dokładniej. Mówiąc najogólniej interesuje mnie głównie przyszłość i stawianie sobie coraz to nowych wyzwań w postaci trudnych zagadek wartych wyjaśnienia i opisania.

A.Z.: Dziękuję za wywiad i życzę samych sukcesów wydawniczych. Sam z niecierpliwością czekam na pana kolejną książkę :-).

Autor wywiadu - Andrzej Zasowski
za: portal "Konflikty Zbrojne", 11 stycznia 2007
zobacz źródło
® Wydawnictwo TECHNOL
Stronę oprogramował KosmaTy ©