WYWIAD

Wizyta Kosmitów była mistyfikacją służb specjalnych

ROZMOWA. Bartosz Rdułtowski przebadał głośny w Polsce przypadek kontaktu z UFO w Emilcinie. Teraz czytelnicy namawiają go, by zajął się polskim Roswell, czyli zdarzeniem w Gdyni z 1959 r.

Pana książka to ponad 750 stron o UFO, czyli o czymś, co zdaniem wielu, nie istnieje...

Rzeczywiście, sprawa raportów o UFO jest bardzo kontrowersyjna. Muszę przyznać, że przez wiele lat miałem do niej bardzo otwarte podejście. Uważałem, że w tym wszystkim może coś być. Nie wykluczałem, że "ktoś może nas odwiedzać". Jednak kilkanaście lat zajmowania się weryfikacją teorii spiskowych czy zagadek historii - co czynię zawodowo - sprawiło, że mam duży dystans do wszelkich sensacyjnych opowieści. W moich badaniach co i rusz natrafiałem bowiem na łgarstwa, powielane latami mity lub sprytne mistyfikacje. Zaczęło to być już uciążliwe. Świat pełen tajemnic i sekretów, jaki znałem jeszcze 20 lat temu, zaczął się zamieniać w ponurą krainę, w której chytrzy autorzy i pseudobadacze wciskają czytelnikom i widzom przysłowiowy kit celem zyskania popularności i pieniędzy. Wówczas w orbicie moich zainteresowań pojawiła się ponownie pewna niewyjaśniona i bardzo zagadkowa sprawa, jaką znałem od dziecka...

Wyjaśnijmy, że zgodnie z podtytułem książki, zajął się Pan konkretnym przypadkiem kontaktu z UFO. Chodzi o spotkanie z Obcymi w Emilcinie na Lubelszczyźnie, do którego podobno doszło w maju 1978 r.

Rzeczywiście - moja książka jest niemal w całości poświęcona najsłynniejszemu polskiemu incydentowi z domniemanym udziałem UFO, czyli sprawie Emilcina. Warto podkreślić, że dla polskich ufologów przez 35 lat przypadek ten był tyleż wzorem wiarygodnego UFO-zdarzenia, co niedoścignionym przykładem wzorcowo przeprowadzonego śledztwa, autoryzowanego przez łódzkiego ufologa Zbigniewa Blanię. Niejako pobocznie moja książka dotyczy również dwóch innych UFO-incydentów z drugiej połowy 1978 r. - zdarzeń z Przy-rownicy i z Goliny.

Może się wydawać, że zabrał się Pan do wyważania otwartych drzwi. O tak zwanym incydencie w Emilcinie powstały setki artykułów i kilka książek, historia ta doczekała się też komiksu w magazynie "Relaks".

Fakt, że na jakiś temat dużo napisano, bynajmniej nie znaczy, że uczyniono to mądrze i rzetelnie lub że podano całą prawdę. Ale nie to przeświadczenie było decydującym powodem rozpoczęcia przeze mnie szeroko zakrojonego śledztwa w sprawie Emilcina. Impuls stanowiła rozmowa, jaką jeszcze w grudniu 2011 r. odbyłem ze znajomym - Adamem Chrzanowskim. Początkowo dotyczyła ona dopiero co wydanego trzeciego tomu mojej książki "Ostatni sekret Wunderwaffe". Później zeszła na temat ufologii i sprawy, która od lat nas obu fascynowała - zdarzenia w Emilcinie. Muszę tu nadmienić, że było to zdarzenie, które wyzwoliło u mnie, jeszcze gdy byłem dzieckiem, ciekawość do zagadek i tajemnic. Nie wiem, czy robiłbym obecnie to, co robię, gdyby nie incydent w Emilcinie w 1978 roku... W każdym razie w grudniu 2011 r. zdarzenie to było dla mnie wciąż enigmą. Gdy Adam Chrzanowski zasugerował, że za przypadkiem tym mogły stać nasze służby specjalne, moja ciekawość wzrosła jeszcze bardziej. Ostatecznie postanowiłem dokładnie się przyjrzeć temu, co się wtedy zdarzyło. Materiały, jakie udało mi się w toku śledztwa zdobyć, zupełnie mnie zaskoczyły. Kompletnie nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy. Po pierwsze, zaskoczyło mnie to, że taka dokumentacja jeszcze istnieje. Po drugie, nie mogłem się wręcz nadziwić, jak bardzo owa dokumentacja zmienia wizerunek całego zdarzenia. W moich oczach, ona ów dobry dotychczas wizerunek zwyczajnie zrujnowała!

Jakie to były materiały?

Dotarłem między innymi do niemal całego archiwum Zbigniewa Blani. Już sam fakt, że byłem pierwszą osobą, która od śmierci pana Zbigniewa w 2003 r. chciała zobaczyć, co się kryje na temat Emilcina w jego prywatnych zbiorach, wydał mi się absurdalny! Wszak w ciągu minionych 10 lat przynajmniej kilku polskich UFO-fanów autorytatywnie zabierało głos na temat incydentu w Emilcinie. Nie mogłem pojąć, dlaczego żadnemu z nich - z czystej ciekawości, jaka powinna przecież cechować prawdziwego badacza - nie chciało się do tych materiałów dotrzeć. Zrozumiałem to dopiero po opublikowaniu książki. Wówczas pojąłem, że współczesna ufologia, przynajmniej ta polska, nie ma nic wspólnego z nauką, z chęcią zdobywania wiedzy i weryfikowania jej. Ze smutkiem stwierdzam, że polska ufologia stała się religią. A materiały, do których po wielu miesiącach żmudnego śledztwa dotarłem, owej religii i wierze w nieskazitelność "zdarzenia w Emilcinie" na dobre nie wyszły. W świetle zdobytych i zaprezentowanych w mojej książce archiwaliów widać bowiem jasno, że Emilcin był tylko sprytną mistyfikacją!

Zweryfikował Pan również relacje świadków. Wiele osób, które były związane z incydentem w Emilcinie, jeszcze żyje, choć Jan Wolski, który rzekomo został porwany przez Obcych, zmarł w 1991 r.

Faktycznie, dotarłem do wielu żyjących jeszcze uczestników owych wydarzeń. Chyba najbardziej zdziwił mnie fakt, że większość z nich nigdy nie była indagowana w sprawie Emilcina przez badaczy. Dotarłem między innymi do Ryszarda Ceglarskiego - technika kryminalistyki, który wraz z całym patrolem został skierowany do Emilcina celem weryfikacji relacji Jana Wolskiego zaraz po wypadkach z 10 maja 1978 r. Dotarłem do Lucjana Piłata, który był pierwszym milicjantem skierowanym do Jana Wolskiego. Poza Adamem Chrzanowskim w moim śledztwie wspierał mnie intensywnie Krzysztof Drozd z Lublina. Ci, którzy książkę już czytali, na pewno mają tego świadomość. Dzięki niemu dotarłem do wielu świadków i dokumentów. Oczywiście wszelkie relacje osób związanych z wypadkami z Emilcina należy traktować ostrożnie. Trzydzieści pięć lat to szmat czasu. Nie można brać wszystkiego dosłownie. Suma jednak tego, czego się dowiedziałem od ludzi związanych w taki czy inny sposób z Emilcinem (a także z Przyrownicą i Goliną), była niewątpliwie bardzo istotna dla postępów mojego śledztwa i jego wyników.

Efekt przeprowadzonego śledztwa jest, jak sam Pan to określił, szokujący.

Efekt mojego śledztwa należy bezwzględnie traktować dwutorowo. Podkreśliłem ten fakt na końcu mojej książki, czynię to również w tym miejscu, bo jest to rzecz niezwykle ważna. Pierwszym efektem dochodzenia jest konieczność diametralnej zmiany optyki spoglądania na zdarzenie w Emilcinie oraz wypadki w Przyrownicy i w Golinie. Zebrane przeze mnie materiały nie pozwalają już dłużej traktować zdarzenia w Emilcinie jako przypadku wiarygodnego. Co gorsza, nie pozwalają także traktować go jako solidnie zbadanego. Owe materiały ukazują to zdarzenie jako przypadek zupełnie niewiarygodny. Sprawa druga to wyjaśnienie zagadki, czyli moja osobista opinia odnośnie tego, co zaszło 10 maja 1978 r. Domyślam się, że będzie to temat licznych dyskusji. Nie chcę zdradzać w tym miejscu Czytelnikom więcej, bo zepsuję im przyjemność czytania książki. Jest ona bowiem wiernym raportem z mojego śledztwa. Czytając ją, będą mogli odkrywać prawdę o zdarzeniach z Emilcina dokładnie tak, jak czyniłem to ja. A dla mnie była to niezwykła przygoda!

Nie ma Pan ochoty zabrać się teraz za sprawę polskiego Roswell, czyli upadku tajemniczego obiektu do basenu portowego w Gdyni?

Przyznam, że wśród wielu e-maili od Czytelników, jakie otrzymałem od wydania książki o Emilcinie, przynajmniej w kilku pojawiało się to samo pytanie. Dwie osoby wręcz mnie do takiego kolejnego UFO-śledztwa intensywnie nakłaniały. Odpowiedź brzmi: Nie! Choć jako syn kapitana żeglugi wielkiej, będąc dzieciakiem, przez kilka lat mieszkałem właśnie w Gdyni (na starym Witominie) i czuję do tego miasta duży sentyment, to ani sentymentu, ani specjalnej ciekawości nie czuję w kontekście zdarzeń portowych ze stycznia 1959 r. Niemniej bardzo możliwe jest, że w ciągu najbliższych kilku lat napiszę kolejną książkę poświęconą szeroko pojętej zagadce UFO.

Autor wywiadu - Marek Adamkowicz
za: „Dziennik Bałtycki”, 30 listopada 2013
® Wydawnictwo TECHNOL
Stronę oprogramował KosmaTy ©