WYWIAD

Wszystkie światła na Emilcin

10 maja 1978 r. Jan Wolski – mieszkaniec niewielkiej wsi Emilcin położonej w woj. lubelskim – spotkał na swojej drodze dziwne istoty, które zabrały go do swojego pojazdu UFO i poddały badaniom. Ze zdarzeniem, które po dziś dzień uchodzi za najsłynniejsze bliskie spotkanie z UFO w Polsce, mierzy się w swojej najnowszej książce "Tajne operacje. PRL i UFO" Bartosz Rdułtowski. Jak sam twierdzi, to wszystko to tylko mistyfikacja i skutek sprytnie zaaranżowanej intrygi. Czy tak faktycznie było ? Rozmawia Damian Trela.

Damian Trela: Dzisiaj mija 36 rocznica słynnych wydarzeń emilcińskich. Na przestrzeni wielu lat Emilcin stał się przedmiotem wielu prasowych notatek, fachowych artykułów w ufologicznych periodykach oraz nie zabrakło go w pisarskim dorobku słynnego polskiego ufologa – Zbigniewa Blani-Bolnara. Co sprawiło, że przeżycia Jana Wolskiego obiegły pod koniec lat 70. całą Polskę i stały się swoistą legendą dla polskiej ufologii, wręcz sztandarowym przykładem dla niejednego "badacza UFO", jak należy podchodzić do przypadków bliskich spotkań z UFO od strony metodologicznej?

Bartosz Rdułtowski: Historia Jana Wolskiego stała się znana zasadniczo dzięki jednej osobie. Był nią Zbigniew Blania – z wykształcenia socjolog, z zamiłowania ufolog. To dzięki jego przebojowości oraz znajomościom, jakimi dysponował, zdarzenie w Emilcinie już po kilku miesiącach znane było w całej Polsce. Zaczęło się od tego, że w "Kurierze Polskim" opisał je przyjaciel Blani – łódzki dziennikarz Konrad Turowski. Ten sam, który później jako pierwszy pisał o UFO z Przyrownicy i  Goliny! Trzeba tu podkreślić, że to był niemal idealny czas w Polsce, na tego typu historie. Jak wiesz po lekturze mojej książki "Tajne operacje. PRL i UFO", jednym z elementów mego śledztwa, było dotarcie do polskiej prasy ufologicznej właśnie z lat 70. Chciałem sobie odpowiedzieć na istotne pytanie – czy historia Jana Wolskiego było początkiem polskiej ufologii? Otóż nie była! Wystarczy wspomnieć, że w latach 1976-1978 sam Zbigniew Blania napisał kilkadziesiąt artykułów o UFO! Stały progres ilości publikacji o UFO w polskiej prasie w latach 70. dał się zaobserwować począwszy od 1972 roku. Artykułów narastało. W 1976 roku – 44, 1977 – 89, 1978 – 173, a w 1979 – 427 artykułów. Tak więc incydent w Emilcinie nie był iskrą wzniecającą ufologiczną pożogę, a jedynie solidną porcją wysokoenergetycznego opału, dorzuconą w maju 1978 roku do płonącego już od kilku lat i stale coraz większego ogniska. Emilcin bardzo szybko stał się przypadkiem sztandarowym w polskiej ufologii. Było tak, gdyż leżało to w żywotnym interesie Blani – on na tym zdarzeniu budował w 1978 roku swój ufologiczny kapitał. Później – gdy na arenie polskiej ufologii pojawili się również inny ufolodzy, im także zależało na wspieraniu wiarygodności zdarzenia w Emilcinie. Nie zmieniło się to nawet, gdy Blania dość ostro skonfliktował się z większością polskich ufologów. Nawet wówczas oni nazywali jego emilcińskie śledztwo wzorcowym! Ale też trzeba przyznać, że Blania uczynił wszystko, aby owo śledztwo sprawiało takie pozory. A jako socjolog bardzo dobrze wiedział, jak takie przedsięwzięcie sprawnie przeprowadzić.

Twoja książka "Tajne operacje PRL i UFO" zmienia całkowicie spojrzenie na emilcińskie wydarzenia sprzed ponad trzydziestu lat, serwując czytelnikowi bardziej "racjonalny punkt widzenia" na zajścia w tej niewielkiej lubelskiej wsi, jakie rozegrały się tam przed latami. Co w ogóle sprawiło, że zainteresowałeś się sprawą Jana Wolskiego po tylu latach ?

B.R. Cieszę się, że podkreślasz fakt, iż moja książka każe spojrzeć na Emilcin w zupełnie nowy racjonalny sposób. Bo jest tak bez dwóch zdać, choć dla jednego z polskich ufologów moja książka to – tu zacytuję jego złotą myśl: "niestety kolejne bzdety jak z ekipy Macierewicza, z których autor próbuje zrobić koło siebie szum i sensację, ale jak widać się nie udało bo tego gniota nikt nie chce kupić". Nie skomentuję tego dalej, gdyż uczyniłem to na moim blogu we wpisie: "UFO, Emilcin i klapki na oczach". Wróćmy zatem do pytania. Jako osoba od dziecka interesująca się ufologią, bardzo dobrze znałem incydent w Emilcinie. Już jako pięciolatek usłyszałem o nim o Mamy. Później czytałem publikacje Blani, na czele z wydaną w 1996 roku książką "Zdarzenie w Emilcinie". Byłem przekonany, że Emilcin jest autentyczną twierdzą nie do zdobycia. Gdy moje kolejne śledztwa z lat 2002-2012 zaczęły uzmysławiać mi, jak wiele tego typu niezwykłych z pozoru i dobrze udokumentowanych historii, to zwykłe matactwa (nie chodzi tu tylko o ufologię), Emilcin jawił mi się jako taki "ostatni Mohikanin historii niezwykłych". Gdy podczas jednej z rozmów z Adamem Chrzanowskim poruszyliśmy temat tego przypadku, pojawiła się hipoteza, że mogła być to robota naszych specsłużb! Po jakimś czasie pomysł ten do tego stopnia mnie zafascynował, że zdecydowałem się go zweryfikować. Podjąć swoje własne emilcińskie śledztwo! Od tej koncepcji – od hipotetycznej tajnej operacji z lat PRLu – zaczęło się moje dochodzenie. Stąd też tytuł książki: "Tajne operacje. PRL i UFO". Chciałem, aby Czytelnik podczas lektury przeszedł dokładnie tę samą drogę, co ja przeszedłem podczas mojego śledztwa.

Prezentowane przez Ciebie w książce rewelacje są zdaniem wielu badaczy UFO i popularyzatorów tej tematyki próbą lansowania teorii "z góry założonej", do której starannie dobierasz pasujące do całej układanki elementy, omijając szerokim łukiem niewygodne fakty. Jak odnosisz się do tej krytyki ?

B.R. Czekam już od 7 miesięcy – czyli od momentu pojawienia się mojej książki, aby ktoś przedstawił mi te "niewygodne fakty, które omijam szerokim łukiem" w moim śledztwie. I co? I cisza! Zresztą nie tylko ja na nie czekam. Wyczekują ich również Adam Chrzanowski i Krzysztof Drozd, którzy w moim śledztwie bardzo mnie wspierali. Dla nich również moja hipoteza – moje wyjaśnienie tej historii – to najbardziej logiczna koncepcja. Może, aby nie być gołosłownym, proponuje umówić się na kolejny wywiad, gdzie przedstawisz mi listę niewygodnych faktów, jakie omijam rzekomo szerokim łukiem. A ja obiecuję, że odpowiem na każde pytanie. Prawda jest bowiem taka, że moje śledztwo nie było bynajmniej – jak wmawia mi kilku ufologów – próbą lansowania teorii "z góry założonej". Gdyby tak było, to przecież w książce zaproponowałby hipotezę o tajnej operacji naszych specsłużb. Czyż nie? Przecież od niej zacząłem. Musisz wiedzieć, że na początku mojego śledztwa byłem przekonany, że Emilcin się obroni. Jak jednak wiesz z lektury mojej książki, materiały jakie zdobyłem nie były łatwe do zignorowania i nie mogłem przejść nad nimi obojętnie! Emilcin się nie obronił. Materiały te stanowiło wszak np. archiwum Zbigniewa Blani! Wszedłem w posiadanie m.in. oryginalnych kaset magnetofonowych z 1978 roku, na których Zbigniew Blania utrwalił praktycznie wszystkie przesłuchania świadków z Emilcina. Jak się okazało, na owych nagraniach utrwalone było coś jeszcze. Była to trudna do zignorowania tendencyjność śledztwa przeprowadzonego przez Blanię. Na odsłuchiwanych taśmach wyglądało ona zgoła inaczej, niż na kartkach jego książki "Zdarzenie w Emilcinie". To, co usłyszałem na owych nagraniach, wprawiło mnie w autentyczne zaskoczenie! Ale czy mogło być inaczej? Przecież Zbigniew Blania były w tym śledztwie – nie bójmy się tego podkreślić – sędzią we własnej sprawie! Zbigniew Blania, gdy przybył do Emilcina, bardzo szybko pojął, że za sprawą przygody Jana Wolskiego z UFO może na trwałe zapisać się w polskiej, raczkującej właśnie ufologii. Mało tego, dawało mu to też szansę zaistnienia w ufologii światowej! A to było jego marzenie! Wiedział, że gdy w Emilcinie stworzy pozory rzetelnego śledztwa, gdy zdobędzie odpowiednie zaświadczenia lekarskie, potwierdzające wiarygodność Jana Wolskiego, to będzie mieć niemal na własność najbardziej sensacyjne zdarzenie z UFO, jakie miało miejsce w Polsce. Ten plan, tyleż chytry co i trudny, Zbigniew Blania wykonał moim zdaniem na szóstkę z plusem. Wszyscy byli przekonani, że oto w maju 1978 roku do Emilcina przybył młody i ambitny ufolog z Łodzi, aby sprawdzić wiarygodność opowieści Jana Wolskiego. A prawda wyglądała tak, że do Emilcina przybył ufolog, który jak tlenu potrzebował dla swojej dalszej ufologicznej kariery jakiegoś wiarygodnego przypadku bliskiego spotkania czwartego stopnia. Nagranie, na których Zbigniew Blania wraz z Aleksandrą Piotrowską (psycholog dziecięcym z Lublina) przesłuchują rodziców Adasia Popiołka jest zaś w swojej wymowie porażające. Pochodzi z 1 czerwca 1978 roku – to był drugi dzień pobytu Blani w Emilcinie. To był też ostatni dzień, gdy Blani towarzyszył Witold Wawrzonek – pasjonat UFO z Lublina, który poinformował łodzianina o zdarzeniu. Z nagrania tego wynika wprost, że to Zbigniew Blania wykreował z Adasia Popiołka rzekomego drugiego świadka zdarzenia w Emilcinie. Oczywiście jest to tylko wierzchołek góry lodowej, gdyż w archiwum Blani natknąłem się na szereg innych informacji, dowodzących tendencyjności jego śledztwa. I tak – dla przykładu – Zbigniew Blania zataił fakt, że dobrze znał przed zdarzenie w Emilcinie Witolda Wawrzonka. Przyznał się do tego dopiero 18 lat później, ale też nie powiedział wówczas całej prawdy o ich znajomości! Jest to dla sprawy o tyle istotne, że to właśnie Witold Wawrzonek poinformował Blanię o całym zdarzeniu w Emilcinie! Tymczasem z korespondencji Zbigniewa Blani z Witoldem Wawrzonkiem dowiedziałem się również innych fascynujących informacji: Zbigniew Blania poznał korespondencyjnie Witolda Wawrzonka w grudniu 1977 roku – pięć miesięcy przed emilcińskimi wydarzeniami. Trzy tygodnie przed incydentem w Emilcinie – 18 kwietnia 1978 roku – dzięki pomocy Lecha Emfazego Stefańskiego Blania wprowadził Witolda Wawrzonka w trans hipnotyczny i indukował mu fałszywe wspomnienia na temat UFO. Zdarzenie miało miejsce w Warszawie w studio telewizyjnym, gdzie przygotowywany był film dokumentalny o UFO z udziałem Blani. Pięć tygodni później to właśnie Witold Wawrzonek poinformował Blanię o zdarzeniu z udziałem Jana Wolskiego. Przypadek? Gdyby w Emilcinie rzeczywiście pojawili się kosmici, Blania mógłby mówić o nie lada szczęściu. Prawdziwej szóstce w ufologicznego totolotka! Oto bowiem w całej Polsce owi kosmici na świadka wybierają sobie akurat Jana Wolskiego, znajomego Witolda Wawrzonka (!), który z kolei jest współpracownikiem Zbigniewa Blani! W tym miejscu muszę podkreślić, że bezgranicznie dziwię się niektórym współczesnym polskim ufologom, że nie stać ich na to, by przyznać, że powyższe fakty – same w sobie – dyskredytują wiarygodność zdarzenia w Emilcinie! Czy myślisz, że ja zakładałem na początku mojego śledztwa, że natrafię na takie informacje? Jak mogłem to założyć? Ja nawet nie wiedziałem, że Blania miał siostrę! Tym bardziej też nie przypuszczałem, że natrafię na tak niezwykłe wyjaśnienie emilcińskiej historii. Gdybym cokolwiek robił w moim dochodzeniu na siłę, według przyjętych z góry wytycznych, to nigdy, przenigdy nie podałbym też takiego wyjaśnienia tej historii, do jakiego doszedłem w toku rzetelnego i niezależnego śledztwa. Dziwię się, że właśnie ta uczciwość i transparentność z jaką zaprezentowałem w mojej książce raport z emilcińskiego dochodzenia jest mi teraz wytykana. To chwyt poniżej pasa. Mimo to, w moich kolejnych dochodzeniach będę robił tak samo – będę opisywał dokładnie to co odkryję – bo właśnie tego wymaga uczciwość badacza. Tak więc czekam na wspomniane wyżej pytania, o niewygodne fakty, które rzekomo omijam.

Okładka książki już na wstępie sugeruje, że wyjaśnienie zagadki Emilcina będzie dotyczyć tajnych peerelowskich operacji. Przyznam, że gdy sięgałem po twoją książkę liczyłem na wyprowadzenie na światło dowodów, które zasugerują taki wątek. Czytając twoją książkę ma się wrażenie, że hipoteza "tajnych operacji" w którymś momencie została urwana na rzecz innych, alternatywnych wyjaśnień.

B.R. Jak już wspomniałem, od takiej hipotezy – tajnej operacji naszych specsłużb –w moim dochodzeniu wyszedłem. A że chciałem, aby Czytelnik przeżył to śledztwo tak jak ja, to postanowiłem spotęgować to odczucie tytułem książki i jej okładką. Jak widać – udało się! Hipoteza tajnej operacji została zaś w toku śledztwa urwana, gdyż nie znalazłem dowodów, które by ją wspierały! A wbrew temu, co jest mi zarzucane przez kilku ufologów, ja chciałem zdarzenie w Emilcinie zweryfikować i wyjaśnić, a nie ułożyć jakąś tam przyjętą z góry historyjkę, którą potem przedstawię w książce. Zresztą chyba sposób, w jaki prowadziłem moje śledztwo, dowodzi, że ja autentycznie szukałem odpowiedzi, a nie tworzyłem sztucznie własnego wyjaśnienia. Ja zwyczajnie, sam dla siebie, chciałem wiedzieć, co wydarzyło się rankiem 10 maja 1978 roku w Emilcinie. Bo nurtowało mnie to od dziecka! Uważam, że taką odpowiedź poznałem. Oczywiście, podkreślam to wyraźnie – jest to hipoteza! Ale również z całą mocą podkreślam, że trudno w obliczu zaprezentowanych w mojej książce faktów mówić dalej, o wiarygodnym i nieskazitelnym śledztwie Zbigniewa Blania czy też w ogóle o jakiejkolwiek wiarygodności zdarzenia w Emilcinie!

Czy w zbieraniu materiałów do książki posiłkowałeś się aktami z IPNu ? Czy w związku z tym istnieje podejrzenie, że Blania-Bolnar – główny propagator wydarzeń emilcińskich – mógł mieć założoną teczkę i być traktowany jako osoba "niepoprawna politycznie" ze względu na swoją działalność badawczą? Bądź nawet na odwrót – być osobą, której ówczesna władza "pomogła" naświetlić temat Emilcina, aby odwrócić uwagę społeczeństwa od spraw mających szczególnie ważne znaczenie dla kraju ?

B.R. W IPNie nie znalazłem niczego, co obciążałoby Zbigniewa Blanię lub jakiegokolwiek innego ufologa. Co do sytuacji politycznej, to informacje, jakie głosił Blania, były faktycznie jak najbardziej poprawne politycznie w Polsce końca lat 70. Wszak – podobnie jak Andrzej Donimirski czy Arnold Mostowicz – głosił on tezy ateistyczne, mające odwrócić społeczeństwo od religii i zastąpić ją wiarą w UFO oraz paleokontakt!

Wolski do końca swojego życia twierdził, że spotkał na swojej drodze "potworaków", którzy zabrali go na pokład UFO i nigdy nie zmienił swojej wersji przeżyć, przez co m.in. daje podstawy do uważania go za "świadka idealnego". W swojej książce sugerujesz, że wszystkie jego przeżycia zostały mu sprytnie zaindukowane przy użyciu hipnozy. Jest to zupełnie nowe spojrzenie na sprawę Emilcina i nie spotkało się z ciepłym przyjęciem ze strony polskich badaczy UFO. Co było pierwszym sygnałem wg ciebie, że wyjaśnienie przeżyć Wolskiego jest dziełem zwykłego żartu?

B.R. Może najpierw odniosę się do wspomnianego przez Ciebie mało "ciepłego przyjęcia" mojej książki przez kilku polskich badaczy UFO. Po pierwsze, nikt nie lubi, gdy burzy się jego paradygmat. Tak więc obojętnie jaki nie byłby mój końcowy werdykt w sprawie Emilcinia, wystarczyło, że był negatywny dla ufologii – że kwestionował prawdziwość tego zdarzenia – a już miałem w polskiej ufologii wrogów. Śmiałem przecież – co wielu czytelników słusznie zauważyło na forach – zaatakować ich ufologiczną relikwię. Bo nie oszukujmy się – taką relikwią był Emilcin! Kilku ufologów wyszło nawet przed szereg i nie czytając mojej książki zarzuciło mi, że Emilcin zbadał już Zbigniew Blania i ja nic nie mogę dodać w tej sprawie. A tu taka niemiła niespodzianka, bo właśnie kwestia braku wiarygodności śledztwa, jakie w Emilcinie (oraz Przyrownicy i Golinie) przeprowadził Blania, jest w mojej książce udowodniona najbardziej wyraziście. Czyli ich zarzuty były guzik warte! Co zaś było dla mnie pierwszym sygnałem, że za zdarzeniem w Emilcinie kryje się indukcja fałszywych wspomnień? Takich sygnałów było kilka. Ale tym, co w ogóle zwróciło moją uwagę na taką możliwość, był fragment w książce Zbigniewa Blani, opisujący, jak jakiś czas przed zdarzeniem w Emilcinie kręcił w telewizji program o UFO, podczas którego Lech Emfazy Stefański wprowadził jakiegoś świadka-ochotnika w trans hipnotyczny, a Blania indukował mu fałszywe wspomnienia na temat UFO. Miał to być taki telewizyjny eksperyment. To wtedy przyszło mi do głowy, że Jan Wolski mógł ulec indukcji fałszywych wspomnień. Byłem wówczas przeświadczony – co kilka osób może potwierdzić – że jeśli takie było wyjaśnienie zdarzenia w Emilcinie, to stał za nim Blania i jego koledzy! To też kolejny dowód, że moje śledztwo nie "było próbą lansowania teorii ,z góry założonej". Gdyby tak było, to mój końcowy werdykt brzmiałby, że to Blania stał za Emilcinem. A on tylko wypromował i uwiarygodnił ten incydent!

Czy twoim zdaniem jest możliwe, aby zaindukowane nierzeczywiste wspomnienia utrzymywały się w pamięci człowieka przez tyle lat ? Jak do tego mógł odnosić się sam Bolnar pisząc swoją książkę o Emilcinie ? Czy zdawał sobie sprawę, że stał się ofiarą farsy?

B.R. Moim zdaniem Blania zdał sobie sprawę, że za zdarzeniem w Emilcinie stoi Wawrzonek gdzieś około lipca 1978 roku. Wynika to, choć nie wprost, z ich korespondencji oraz z faktu, że sprokurował zdarzenia w Przyrownicy i w Golinie. Miały one stanowić takie dodatkowe zabezpieczenie, na wypadek, gdyby Wawrzonek zapragnął ogłosić publicznie, że incydent w Emilcinie był jego robotą. Blania był za inteligentny, aby z treści listów Wawrzonka nie domyślić się, że został zrobiony w konia. A że była to dla jego ambicji rzecz najgorsza z najgorszych, to też tylko korespondencja z jedną osobą była w archiwum Blani w osobnej teczce podpisanej jego nazwiskiem. Była to korespondencja Blani z Witoldem Wawrzonkiem! Dlaczego zaś Jan Wolski od początku uwierzył w realność indukowanych wspomnień. Po części dlatego, że stanowiło to dla niego oczywistą kontynuacją przygody jego ojca – w dodatku doszło do niej na tej samej polance! Najistotniejsze dla sprawy jest jednak to, że w krótkim czasie po incydencie Wolski rozpoczął swoje "pielgrzymki" na polankę, gdzie ponoć był na pokładzie UFO. Przechadzki te odbywał z rodziną, sąsiadami, milicjantami, dziennikarzami, badaczami, ufologami itd.. I nie zakończyły się one w czerwcu 1978 roku, gdy Blania zamknął swoje dochodzenie. Bynajmniej! One trwały już do śmierci Jana Wolskiego. Dzięki temu całe to przeżycie dodatkowo i systematycznie utrwalało się w jego pamięci. Warto tu podkreślić, że Wolski rzadko opowiadał o nim w domu. Preferował iść przez las i – niejako na żywo – opowiadać, jak krok po kroku wyglądało rzekome spotkanie z "potworakami". Tym samym systematycznie potęgował trwałość zapisu pamięciowego zdarzenia. Przy okazji tego pytania poruszę też inną kwestię. Otóż część Czytelników pyta, dlaczego Pan Witold nigdy nie pochwalił się przed kolegami, że zrobił Blanię w przysłowiowego konia? Skoro stworzył mistyfikację, aby się na Blani odegrać za zahipnotyzowanie go w telewizji – co było dla niego ujmą – czemu nie ośmieszył potem Blani, mówiąc, że go nabrał? Pozornie fakt dożywotniego milczenia Wawrzonka w kwestii Emilcina może dowodzić, że to nie on stał za tą mistyfikacją. Ale, po głębszej analizie sytuacji, rzecz ma się inaczej. Po pierwsze, Blania miał na Witolda Wawrzonka haka. Otóż miał on ekspertyzę zdjęcia UFO, jakie w sierpniu 1977 roku wykonał Wawrzonek i wysłał do programu Sonda. To właśnie dzięki tej fotografii Blania poznał Wawrzonka. Dzięki ekspertyzie, jakiej Zbigniew Blania poddał ową fotografię w laboratorium kryminalistyki w Warszawie (na początku maja 1978 roku), wiedział, że jest ono fałszerstwem. Wawrzonek wiedział, że Blania to wie. Po drugie, Wawrzonka zaskoczył fakt, że już 1 czerwca Blania wyczarował, niczym z kapelusza, drugiego świadka – Adasia Popiołka. To był dla Wawrzonka szok! Nie przewidział tego! Nie przewidział również, że Blania stworzy na poparcie wiarygodności Emilcina przypadki w Przyrownicy i w Golinie. Najważniejsze jest jednak jeszcze coś innego. Otóż Wawrzonek zupełnie nie przewidział, że jego emilcińska mistyfikacja nabierze tak gigantycznych rozmiarów. Że trafi do ogólnopolskiej prasy, potem do radia i telewizji. W zasadzie, to jedynym momentem, jaki miał Wawrzonek, aby powiedzieć Blani "nabrałem Pana, to wszystko mistyfikacja" był wieczór 31 maja 1978 roku, gdy po pierwszej wspólnej wprawie z Blanią do Emilcina, obaj panowie pojechali jeszcze na kilka godzin do domu Wawrzonka w Lublinie. Potem sprawa się niezwykle skomplikowała. Witold Wawrzonek polubił Jana Wolskiego i się z nim zaprzyjaźnił. Zapewne miał kaca moralnego, że tak wykorzystał rolnika! Wiedział, że publiczne wyjawienie, że zdarzenie w Emilcinie było mistyfikacją, narobi wszystkim – na czele z Janem Wolskim – więcej szkody niż pożytku. 1 czerwca 1978 roku Wawrzonek postanowił całkowicie wycofać się z całej sprawy i wręcz zaszyć się w swoim lubelskim domu z dala od Emilcina i prowadzonego tam przez Blanię śledztwa. Fakty są takie, że Wawrzonek w tych pierwszych tygodniach był przerażony tym, co rozpętał. A rozpętał istną ufologiczną burzę! Tak więc z zacisza obserwował, jak rozwija się sytuacja i bał się nawet przeglądać lokalną prasę, czy aby nie znajdzie w niej artykułu, że ktoś go zdemaskował. 20 lipca 1978 roku Wawrzonek tak pisał do Blani: "Istna spirala emocji i nie tylko emocji, jaka się wówczas rozpętała – zniechęciła mnie zupełnie do czytania czegokolwiek, co dotyczyłoby tego właśnie incydentu". W tym czasie – w lipcu 1978 roku – obaj panowie byli już w czymś na podobieństwo śmiertelnego uścisku – żaden nie mógł wsypać drugiego, bo równocześnie podcinał gałąź, na której sam siedział. Tak się bowiem złożyło, że wówczas obaj siedzieli na wspólnej "emilcińskiej" gałęzi! Obaj wiedzieli, że zdarzenie z udziałem Jana Wolskiego to mistyfikacja. Blania wiedział, iż został przez Wawrzonka zrobiony w konia. Wawrzonek wiedział, że Blania to wie. I to było dla Wawrzonka nagroda samą w sobie. Blani pozostało tylko trzymać teczkę z ich korespondencją oraz sfałszowanym przez Wawrzonka zdjęciem. Pat!

Gdzieś po między rozdziałami o Emilcinie, książka "Tajne operacje PRL i UFO" serwuje swoim czytelnikom twoje własne zdanie na temat wydarzeń pobocznych związanych ze sprawą Wolskiego – przypadku Goliny i Przyrownicy. Jak wiadomo, ten drugi incydent został zdementowany przez samego Bolnara, zaś pierwszy posłużył świadomie jako "materiał" podtrzymujący prawdę o Emilcinie. Prezentujesz fakty, które sugerują, że paradoksalnie obydwa zdarzenia były zwykłą mistyfikacją, ale nie poświęcasz w ogóle uwagi wynikom badań przeprowadzonych m.in. przez Bronisława Rzepeckiego w Przyrownicy, o których ufolog ten pisał na łamach Magazynu UFO w latach 90 - tych?

B.R. Bronisław Rzepecki i Krzysztof Piechota badali zdarzenie w Przyrownicy (zdarzenie w Golinie w ogóle nie badali i do świadka nie dotarli) kilka lat później. Dopiero w latach 80. – o ile dobrze pamiętam. Ponieważ w Przyrownicy faktycznie dzieci widziały ową dziwną istotę w lesie – był to przebieraniec – to mieszkańcy Przyrownicy mieli ogromny żal do Blani, za tak nieuczciwe ich potraktowanie. Oni nie wiedzieli, że on to ukartował. Stąd też, gdy po kilku latach przybyli tam inni ufolodzy, mieszkańcy Przyrownicy robili wszystko, aby przekonać ich o prawdziwości zajścia relacjonowanego przez dzieci. W efekcie dodano do niego – w celu zwiększenia jego wiarygodności – kolejne elementy. To samo miało miejsce w Przyrownicy kilka lat temu. Kolejna wizyta dziennikarzy szykujących program o UFO z Przyrownicy zaowocowała kolejną porcją nowych zmyślonych "faktów" w tej sprawie.

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że Emilcin pozwolił ci spojrzeć na temat UFO bardziej od strony racjonalnej, krytycznej. Po swoim długim dochodzeniu nabrałeś sporego dystansu do innych znanych wydarzeń ufologicznych i patrzysz bardziej trzeźwo na publikowane w prasie i sieci informacje o UFO. Czy należy przez to rozumieć, że twoim zdaniem zjawisko UFO to przejaw współczesnego mitu?

B.R. Pozwolisz, że na to pytanie odpowiem w jednej z moich kolejnych publikacji. Zainteresowanie, jakim cieszy się moja książka "Tajne operacje. PRL i UFO" przerosło moje oczekiwania. Dochodzę do wniosku, że są w Polsce setki ludzi zainteresowanych poznaniem rzetelnym informacji na ten temat UFO – faktami, a nie bajkami!

Adnotacja autora blogu – Damiana Treli. W nawiązaniu do powyższego wywiadu, pragnę ze swojej strony podkreślić, iż zaprezentowane próby wyjaśnień autora książki "Tajne operacje. PRL i UFO" nie są na tyle przekonywujące, aby uznać je za definitywnie wyjaśniające sprawę emilcińską. Lansowana w książce hipoteza hipnozy opiera się na poszlakach, a nie faktach, o czym szerzej piszę w swojej recenzji na stronie. Przypadek Emilcina to wciąż otwarta karta historii. Zachowując jednak daleko idący obiektywizm, daje szansę Czytelnikowi zapoznać się ze stanowiskiem Bartosza Rdułtowskiego w sprawie Emilcina oraz moją recenzją jego książki. Jednocześnie zapraszam do dyskusji.

Autor wywiadu - Damian Trela
za: Blog "Czas tajemnic", 10 maja 2014
zobacz źródło
® Wydawnictwo TECHNOL
Stronę oprogramował KosmaTy ©