WYWIAD

Gdzie jest skarb?

Dziennikarze „Gazety Noworudzkiej” ujawniają, o czym jest książka Zaginiony konwój do „Riese”, której wydanie zbiega się z największą akcją poszukiwawczą w powojennej historii Polski. O nowych faktach dotyczących tego, co ukryte jest w okolicach Sokolca i Ludwikowic Kłodzkich, reporterka Barbara Adamska rozmawia z Bartoszem Rdułtowskim.

Barbara Adamska: Termin wydania książki Zaginiony konwój do „Riese” zbiega się z największą akcją poszukiwawczą w powojennej historii Polski. Czy książka wiąże się w jakikolwiek sposób z domniemanym „złotym pociągiem”?

Bartosz Rdułtowski: To bardzo podchwytliwe i kuszące zarazem pytanie! Niejeden autor, będąc teraz na moim miejscu, zacząłby zapewniać czytelników, że sprawy „złotego pociągu” i depozytu z Gontowej się wiążą. Zacząłby tworzyć pokrętne historie, w których zawartość „złotego pociągu” Niemcy przeładowali na ciężarówki, których konwój zawitał pod koniec II wojny światowej do Sowiny, pod Gontową. Bądźmy jednak realistami i nie twórzmy nowych legend – jest ich w kontekście Gór Sowich już i tak wystarczają dużo – jak choćby sprawa mitu o UFO Hitlera. Historię „złotego pociągu” i depozytu z Gontowej łączy niewątpliwie jedno – obie wypłynęły na światło dzienne dzięki ustnym przekazom, które trafiły ostatecznie do prasy.

Na dzień dzisiejszy istnienie „złotego pociągu” jest jeszcze kwestią wiary. Czy osobiście uważa Pan, że istnieje skład wypełniony sztabkami drogocennego kruszcu lub innymi przedmiotami?

B.R. Kilka miesięcy temu, prowadząc śledztwo z sprawie Gontowej, spotkałem się Tadeuszem Słowikowskim. Znany chyba wszystkim badacz Książa miał posiadać jedne z najstarszych planów górnego poziomu podziemi na Gontowej – czyli sztolni nr 1 i 2. Gdy podczas spotkania omówiliśmy już tę sprawę, mój rozmówca podjął wątek... „złotego pociągu”. Jak wiadomo, jedna z dwóch najbardziej rozpowszechnionych wersji o „złotym pociągu” jest jego autorstwa. Widząc, że temat jest ciekawy, postanowiłem spotkać się następnego dnia i poświęcić sprawie więcej czasu. W sumie rozmawialiśmy blisko cztery godziny. Wtedy też podjąłem decyzję, że w moim wydawnictwie Technol musi powstać książka opisująca zagadkę „złotego pociągu”. Prace ruszyły z impetem już kilka dni później – obecnie są bardzo zaawansowane! A potem... rozpętała się ta historia o zdjęciach z georadaru, na których widać rzekomo zakopany pod ziemią „złoty pociąg”. Czy daję jej wiarę? Uważam, że na 99,9% „złotego pociągu” nie ma. Nie zmienia to jednak faktu, że jako legenda, historia „złotego pociągu” jest w tym momencie u szczytu swej popularności. Pół Polski szuka „złotego pociągu”, a drugie pół Polski stuka się w czoło. Najważniejsze, że wszyscy dobrze się bawią.

Czy czytelnik może z książki wydedukować, jakie tajemnice kryje w sobie góra Gontowa?

B.R. Mam nadzieję, że wiele z owych tajemnic zostało przez nas opisanych tak dokładnie, że dedukcja nie będzie czytelnikom potrzebna. Ale faktem jest, że podczas śledztwa napotykaliśmy z Łukaszem Orlickim – publicystą magazynu „Odkrywca” i szefem GEMO – różne dziwne, czasem bardzo mroczne historie, z których nie wszystkie nadawały się do druku. Tak to już bywa. W efekcie niektóre sprawy musieliśmy pozostawić niedopowiedziane... i tu dedukcja będzie jak najbardziej potrzebna [śmiech].

W jaki sposób zbierał pan informacje do książki? Czy była to mrówcza praca w archiwach, czy głównie praca w terenie? Ile czasu zajęło przygotowanie materiałów do książki?

B.R. Od 2013 roku śledztwo w sprawie depozytu ukrytego na Gontowej prowadziłem razem z Łukaszem Orlickim – współautorem książki. Osobiście sprawą Gontowej zainteresowałem się jeszcze w stycznie 2007 roku. Historię poznałem dzięki dwóm wspaniałym eksploratorom – Mariuszowi Mirosławowi i Tomaszowi Witkowskiemu. Będę im za to dozgonnie wdzięczny, gdyż jest to jedna z najciekawszych i najbardziej zawiłych zagadek, z jakimi zetknąłem się podczas mojej pracy. Badając ją przeżyłem fascynujące chwile. Oby więcej takich historii! Nasze badania w sprawie depozytu ukrytego na Gontowej były bardzo trudne i mozolne. Gdzie szukaliśmy informacji? Lepiej spytać, gdzie nie szukaliśmy [śmiech]. Nasze zmagania z zagadką Gontowej można podzielić na cztery części: badania eksploracyjno-terenowe (na ziemi i pod ziemią w rejonie Gontowej), kwerenda w archiwach (w tym w IPN-ie oraz Archiwum Straży Granicznej), kwerenda prasowa oraz poszukiwanie świadków. Na tych pracach zeszły nam dwa minione lata. Śledztwo okazało się tyleż trudne, co... zaskakujące!

Czy szykuje Pan materiały do kolejnego, podobnego tematu?

B.R. Oczywiście. Od kilku lat zbieram materiały do innych książek związanych z tajemnicami Gór Sowich. Pierwsza z nich powinna pojawić się już w 2016 roku. To również będzie raport ze śledztwa. Zagadka „Riese” zainteresowała mnie na początku XXI wieku. Własne badania rozpocząłem jednak dopiero w 2007 roku. Obecnie mam na koncie bodaj siedem książek omawiających ten temat. Każdego roku moje archiwum powiększa się o nowe bardzo ciekawe materiały. Nie ukrywam, że znacznie mniej interesują mnie wojenne losy projektu „Riese”. Fascynuje mnie za to, jak po wojnie w prasie rodziły się, a później rosły i ewoluowały różne legendy związane z podziemiami Gór Sowich. To temat na poważne badania i takowe sukcesywnie od ośmiu lat prowadzę. Jako farmaceuta z wykształcenia (zawód ten porzuciłem osiem lat temu, koncentrując się tylko na badaniu i pisaniu), lubię mieć porządek – zwłaszcza w swoim archiwum. Dlatego też w 2013 roku mój przyjaciel Kosma Tyszownicki, zawodowy programista, stworzył specjalnie dla moich potrzeb nowatorski program komputerowy, który przewrotnie ochrzciłem Pandora. Obecnie w bazie Pandory znajduje się kilkanaście tysięcy skatalogowanych artykułów prasowych omawiających różne zagadki historii, w tym m.in. sprawę „złotego pociągu”. O „Riese” i zamku Książ artykułów mam w archiwum już ponad tysiąc. Praktycznie wszystkie przeniesione do wersji elektronicznej, co ułatwia poszukiwania konkretnych wątków. Od razu dodam, że komputer, na którym jest Pandora, nie jest podłączony do sieci [śmiech]. Za to, ci którzy lubią buszować po necie, mogą wejść na stronę mojego wydawnictwa (www.technol.anv.pl) i zamówić książkę Zaginiony konwój do „Riese”. Do zamówień złożonych przed dniem premiery (do 22 września 2015) książka będzie wzbogacona o kolekcjonerską zakładkę z autografem Łukasza Orlickiego i moim. Oczywiście życzyłbym sobie, aby zakładka nie była potrzebna i czytelnik po rozpoczęciu lektury odłożył książkę dopiero po jej przeczytaniu.

Dziękuję za rozmowę.

Autor wywiadu - Barbara Adamska
za: "Gazeta Noworudzka", 11 września 2015
® Wydawnictwo TECHNOL
Stronę oprogramował KosmaTy ©