WYWIAD

Złoty pociąg obudził demony

„Złoty pociąg obudził demony” – mówi Bartosz Rdułtowski, publicysta i autor kilkunastu książek i kilkudziesięciu artykułów związanych głównie z wojennymi tajemnicami Dolnego Śląska i badaniami nad tajnymi broniami, m.in. Tajne operacje. PRL i UFO, Tropem tajemnic „Riese”, Podziemne tajemnice Gór Sowich i najnowszej Zaginiony konwój do „Riese”. O tajemnicach Gór Sowich, ukrytych skarbach, pilnujących ich strażnikach i Złotym Pociągu z Bartoszem Rdułtowskim rozmawia Albin Marciniak.

Albin Marciniak: Czy to jeszcze pasja, czy już zawód?

Bartosz Rdułtowski: Zawód, który narodził się z ogromnej pasji, i to jest ukoronowanie moich marzeń. A za miesiąc – gdy powstanie biuro wydawnictwa z archiwum związanym z tajemnicami II wojny światowej – będzie to podwójna korona.

Każda pasja ma swój początek. Jak było w twoim przypadku?

B.R. Trzeba by cofnąć się do wczesnego dzieciństwa. Jako pięciolatek usłyszałem od mamy tzw. historię emilcińską, czyli zagadkę najsłynniejszego w Polsce spotkania z domniemanym UFO, które rzekomo miało miejsce 10 kwietnia 1978 roku w podlubelskiej wsi Emilcin. Stałem się człowiekiem, który wiecznie zadaje pytania, ciągle chce wiedzieć więcej i drążyć, drążyć, drążyć. Im pytanie było trudniejsze, tym bardziej mnie intrygowało i usilniej chciałem poznać odpowiedź.

I na pewnym etapie zadawanie pytań przerodziło się w poszukiwania?

B.R. Do 29. roku życia, czyli dosyć długo, byłem fascynatem teorii spiskowych, niedopowiedzianych historii, zagadek o UFO, historii tajnych podziemnych baz związanych z sekretnymi badaniami, bronią, tzw. czarnymi projektami. W końcu nadszedł moment ostudzenia, gdy sam zacząłem to badać i analizować. Weźmy na przykład historie o niemieckich latających talerzach. Byłem przekonany, że takie konstrukcje powstały w czasie II wojny światowej w tajnych niemieckich zakładach, ale gdy zacząłem zbierać materiały, zauważyłem, że są niesystematyczne i chaotyczne. Jestem z wykształcenia farmaceutą, a tym samym trochę pedantem – lubię porządek. Lubię mieć wszystko poukładane z aptekarską dokładnością – zwłaszcza informacje! Zacząłem studiować materiały, które wzbudzały coraz więcej wątpliwości. Sięgałem do coraz wcześniejszych opracowań, gromadziłem artykuły z całego świata i krok po kroku przekonywałem się, że jest to wyłącznie legenda. Po dwóch latach badań opowieść o niemieckich latających talerzach uznałem za zupełnie niewiarygodną. Wtedy zadałem sobie pytanie: a jeżeli podobnie jest z innymi zagadkowymi historiami? I zabrałem się do dalszej pracy.

Wtedy zacząłeś pisać?

B.R. Tak. Pierwszą książkę zacząłem pisać jeszcze przed pracą magisterską. Był to dzień po moim pierwszym ślubie, w kwietniu 1999 roku, bo... w prezencie ślubnym dostałem od przyjaciela komputer. Mój promotor był przerażony, bo przychodziłem z kolejnymi stronami książki, a on się martwił, co z moją pracą magisterską. Oczywiście pracę magisterską przygotowałem na czas. Później, gdy byłem już na stażu w aptece, po powrocie z pracy siadałem do pisania książki.

Na jaki temat?

B.R. Weryfikacji, czy za większością relacji o UFO nie kryją się „ziemskie” projekty. Tajne, ale nie tylko, bo przecież wiele niezwykłych projektów i konstrukcji jest znanych tylko wybranym osobom, choć nie są to projekty tajne. Historia awiacji od zawsze ma w sobie margines niezwykłych projektów, których ujrzenie na niebie przez Jana Kowalskiego będzie wydarzeniem niezwykłym.

Czy poszedłeś w kierunku poszukiwacza-praktyka, chodzącego w terenie z wykrywaczem?

B.R. Nie, nie można być człowiekiem od wszystkiego. Wychodzę z założenia, że trzeba się w czymś specjalizować, i wyznaczyłem sobie takie tematy. Zawsze są nowości, dziedziny, które trzeba „liznąć”, doczytać, poszerzyć wiedzę, ale nigdy nie będę się wypowiadał w sprawach, na których się nie znam.

Ale do podziemi schodzisz?

B.R. Oczywiście.

Kiedy zaczęła się twoja przygoda z podziemiami na Dolnym Śląsku?

B.R. W 2007 roku.

Sześć lat po pierwszej książce. Co było impulsem?

B.R. To, co interesuje wiele osób w Polsce – zagadka Riese, podziemi w Górach Sowich. Nabyłem kilka książek, które mnie zaintrygowały, m.in. Podziemny świat Gór Sowich, Tajemnicę Riese oraz książkę Lecha Kotarskiego o poligonie w Łebie. Wówczas pomyślałem, a może by tak w moim wydawnictwie zająć się właśnie różnymi tajemnicami.

Podziemia Dolnego Śląska to przecież nie wszystko. W Polsce podobnych obiektów jest znacznie więcej, chociażby Międzyrzecki Rejon Umocniony, Mamerki...

B.R. Tak, Polska jest pełna różnych podziemi i wiele z nich jest udostępnionych turystom. Kilka lat temu wydałem trzytomowe opracowanie Tomasza Rzeczyckiego Podziemne trasy turystyczne Polski, które omawia historie wszystkich tras ze szczegółowością, datami, faktami, anegdotami i różnymi nieznanymi informacjami. Nie oszukujmy się jednak – to, co wszystkich najbardziej kręci, to podziemia, do których nie wchodzi się z przewodnikiem, te, w których coś może być jeszcze schowane lub mogą mieć dłuższe, nieodkryte korytarze...

We Włodarzu, największym obiekcie kompleksu Riese, jak i w Osówce, są duże pionowe szyby prowadzące na powierzchnię.

B.R. Tak. To wyraźnie świadczy, że te obiekty były na wstępnym etapie budowy, a te proste, pionowe szyby są szybami roboczymi, technologicznymi, w które łatwo zrzucić ładunek, żeby eksplodował na dole. Szyby właściwe, w gotowych obiektach, biegną zakosami. Gdy trafi je bomba lotnicza, spowoduje uszkodzenie tylko na początku szybu, a nie całych podziemi.

Sztolnie Rzeczka w Walimiu są najmniejsze w kompleksie Riese.

B.R. Tak, ale idę o zakład – i podkreślam to w mojej najnowszej książce Zaginiony konwój do „Riese” – że wchodząc do sztolni walimskich np. w 1945 roku, gdy nikt wcześniej tam nie był i nie wie, co tam jest, z ogarkiem lub świecą, to musiał być ogromny stres. W ogromnym napięciu, gdy nie wiesz, co jest dalej, czy są tam miny porcelanowe lub inne zabezpieczenia, to każdy metr równa się 30 metrom pokonanym z przewodnikiem w oświetlonym tunelu. Inaczej postrzegasz wielkość. Wówczas po wyjściu takie podziemia jak w Rzeczce możesz opisać tak jak Włodarz.

Co najbardziej zapadło ci w pamięci?

B.R. Chyba każdy, kto pierwszy raz wchodzi do dzikich podziemi, czuje po prostu stres, że coś się może stać. Widzisz obsypujące się ze stropu kamienie i grożące odpadnięciem głazy. Czujesz respekt i strach. W związku z pracą nad najnowszą książką spędziłem dużo czasu na Gontowej (wzniesienie w Górach Sowich, w którym podczas II wojny światowej powstał kompleks hal i sztolni) i pamiętam miejsce, gdzie był wyraźnie odstający od stropu ogromny głaz ok. 2 × 2 m, obok którego przechodziliśmy czy czołgaliśmy się wielokrotnie. Po pewnym czasie, na szczęście już po naszym zwiedzaniu, ten głaz spadł. Fascynująca w podziemiach jest też niesamowita cisza. Z przewodnikiem tego nie doświadczysz, ale np. płynąc łódką w dwie osoby w dużej hali Włodarza, usłyszysz każdą kroplę spadającej wody...

Eksplorujesz podziemia od wielu lat. Czy twoim zdaniem są jeszcze na Dolnym Śląsku duże nieodkryte obiekty?

Myślę, że jest taka szansa i niewykluczone, że nieodkryte obiekty są również w Górach Sowich. Nowoczesne technologie dają nieporównywalne możliwości z tymi sprzed 10 lat. Mamy teraz Lidara, który umożliwia nam oglądanie powierzchni terenu bez drzew i roślinności. To niesamowite ułatwienie, bo widać wszelkie wypłaszczenia i nierówności terenu. Opowiem taką ciekawostkę. Kilka miesięcy temu udaliśmy się z Krzysztofem Krzyżanowskim i z mapą wygenerowaną na Lidarze na Gontową, odwiedzić wszystkie wątpliwe miejsca i upewnić się, czy nie ma tam czegoś, co by mogło prowadzić pod ziemię. Nic nie znaleźliśmy. Miesiąc później dotarłem do świadka, który od listopada 1945 roku mieszkał i wychowywał się całkiem blisko Gontowej. Zaprowadził mnie do miejsca, gdzie jest piąta sztolnia. Do miejsca, którego nie widać. Tydzień później przyjeżdża Krzysiek Krzyżanowski i zaczynamy o tym rozmawiać, wertując jednocześnie książkę Aniszewskiego. Konsternacja. Według planu z książki w tym miejscu kończy się kolejka wąskotorowa... Kolejka mijała sztolnie nr I i II, biegła kilkaset metrów dalej i kończyła się dokładnie w tym miejscu, które wskazał świadek. Użyliśmy wykrywaczy metalu i znaleźliśmy dwie kotwy górnicze tuż przy wejściu do sztolni. Od tego momentu rozpoczęła się procedura wysyłania pism i uzyskiwania pozwoleń, by przeprowadzić badania. Więcej nie zdradzę, wszystko opisałem w książce Zaginiony konwój do „Riese”.

Czyli „złoty pociąg” może być w innym miejscu, niż obecnie informują media na całym świecie?

„Złoty pociąg” wyzwolił w naszym społeczeństwie coś nieprawdopodobnego. Obudził demony. Jestem bardzo sceptycznie nastawiony do tej historii z wielu powodów. Po pierwsze, nie mówimy o jednym miejscu. „Złoty pociąg” ma przynajmniej dwie lokalizacje. Historia Tadeusza Słowikowskiego wskazuje na odcinek od 61 do 65 kilometra trasy Wrocław–Wałbrzych koło zamku Książ. Jest też druga historia, związana z Władysławem Podsibirskim, która mówi o górze Sobiesz pod Piechowicami. On podaje jednak rok 1944, a kto wtedy chowałby złoto na Dolnym Śląsku? Nie było takiej potrzeby. Jeżeli złoto jechało w tamtym czasie, to jechało do skarbca III Rzeszy w Berlinie. Po drugie, pociąg ma mieć kilka wagonów. Ukrycie takiego składu wewnątrz góry to gigantyczne przedsięwzięcie. Każdy, kto interesuje się schronami kolejowymi, był zapewne w Strzyżowie i widział tunel, w który wjeżdżał pociąg. Natomiast nie słyszałem, aby w rejonie zamku Książ był kiedykolwiek wykonany tunel, który mógł być później zaadaptowany na potrzeby ukrycia pociągu. Wykonanie czegoś takiego od podstaw to nie jest robota na tydzień czy miesiąc, nawet przy wykorzystaniu jeńców. Rozum podpowiada, że ukrycie „złotego pociągu” było potrzebą chwili i szybką decyzją. Nikt by nie chował całego pociągu, raczej przełożyłby zawartość na ciężarówki, a te spokojnie dotarłyby np. do Riese, np. na Gontową. Nie ukrywano by jednak całego składu. Ja w to nie wierzę i nie kupuję tej historii, chociaż jest ona fascynująca dla każdego, kto interesuje się tajemnicami II wojny światowej. Zobaczymy, jak się dalej rozwinie, czyje głowy polecą za ten medialny bajzel.

Z wielu ust padają zapewnienia, że w Walimiu mieszkają legendarni strażnicy pilnujący sekretów i skarbów.

Jestem pewien, że takie sytuacje miały miejsce tuż po wojnie. Wśród ludności, która została na Dolnym Śląsku, byli „strażnicy”, którzy mieli pilnować różnych rzeczy. To była potrzeba chwili – „Rosjanie tuż, tuż, jesteśmy odcięci, musimy to gdzieś schować, więc wykorzystamy podziemia, zamaskujemy je i zostawimy człowieka, który będzie tego pilnował, a jeśli ktoś się pojawi, to wysadzamy to miejsce”. Tak mogli myśleć Niemcy i zaufani mogli spełniać rolę strażników. Wiemy, że w wyniku fali wysiedleń większość tych miejscowych nie doczekała końca lat 50. XX wieku na Dolnym Śląsku...

Nawet pojedyncze osoby?

Ciekawa jest sprawa z zamku Książ i pewnej rodziny, która tam nieprzerwanie mieszka. To intrygująca historia nawet dla osoby nastawionej bardzo sceptycznie.

Mimo wszystko całe zamieszanie ze „złotym pociągiem”, przyczynia się do niesamowitej promocji Dolnego Śląska.

Tak, byle się później nie odbiło czkawką.

W jaki sposób może się odbić negatywnie?

Wielu publicystów mówi niepotrzebnie i z aplauzem, wychodząc przed szereg: „złoty pociąg” na pewno istnieje. Podsycił to Generalny Konserwator Zabytków, którego konferencja prasowa była dla mnie wielkim nieporozumieniem – dezinformacją albo pomyłką. Wypowiadanie się na podstawie zdjęcia z georadaru, choćby nie wiem jak nowoczesnego, że gdzieś na 99% pod ziemią jest pociąg, to wróżenie z fusów. Chyba że Generalny Konserwator Zabytków widział zdjęcia pociągu. Może ktoś wszedł przez szyb czy w jakikolwiek inny sposób do miejsca, gdzie pociąg ma być ukryty, i zrobił zdjęcia – na taką ewentualność daję jeden promil. Cztery miesiące temu, tropiąc sprawę zagadki na Gontowej i ukrytego tam depozytu, spotkałem się z Tadeuszem Słowikowskim. Dostałem cynk, że jest osobą, która posiada jedne z najwcześniejszych planów podziemi na górze Gontowej. Od słowa do słowa zaczęliśmy rozmawiać o „złotym pociągu”. Pomimo tego, że jestem bardzo sceptycznie nastawiony do tej historii, fascynuje mnie ona, gdyż o dawna intryguje mnie jako taka ewolucja legend. Zadziwiające jest, jak niczym kula śniegowa dana historia może toczyć się przez kolejne dekady, rosnąc, rosnąc i rosnąc, wchłaniając kolejne zagadki, tworząc konglomeraty, w których dwie, trzy zagadki łączą się w całość. Gdy usłyszałem historię o „złotym pociągu”, pomyślałem, że trzeba napisać o tym książkę, która w sposób obiektywny i rzetelny przedstawi sprawę. Taka książka już powstaje w moim wydawnictwie.

Ja jednak mam nadzieję, że cały ten zgiełk okaże się dużą promocją dla Dolnego Śląska i Gór Sowich bez względu na finał afery ze „złotym pociągiem”.

Też mam taką nadzieję! Tymczasem w oczekiwaniu na książkę Zaginiony konwój do „Riese”, którą napisałem wraz z Łukaszem Orlickim, zapraszam turystów z całego świata na Dolny Śląsk. Skarbów i tajemnic wystarczy tu jeszcze na długie lata.

Autor wywiadu - Albin Marciniak
za: "ONET Podróże", 6 września 2015
zobacz źródło
® Wydawnictwo TECHNOL
Stronę oprogramował KosmaTy ©